Horror bez szczęśliwego zakończenia. Klątwa utrzymana, Polska przegrywa ze Szwecją
Kto by pomyślał - bez obrony nie da się wygrać meczu. Reprezentacja Polski walczyła, szarpała, próbowała, ale nie wystarczyło, Szwedzi strzelili więcej bramek, w tym ostatnią pod sam koniec. Szwecja 3:2 Polska. Koniec marzeń, koniec emocji, koniec… Roberta Lewandowskiego?
- Droga do finału i niespodzianki w składzie
- Renesans Karola Świderskiego
- Nietrafione pomysły Jana Urbana - klątwa utrzymana
Droga do finału i niespodzianki w składzie
Droga obu ekip do tego etapu wiodła przez czwartkowe półfinały, w których podopieczni Jana Urbana pokonali na PGE Narodowym Albanię 2:1, natomiast Szwedzi wygrali na wyjeździe z Ukrainą 3:1.
Dla drużyny gospodarzy wtorkowy mecz miał wymiar niezwykle prestiżowy, ponieważ stanowił bezpośrednią szansę na rewanż za finał baraży o mundial z 2022 roku. Cztery lata temu to na Stadionie Śląskim w Chorzowie reprezentacja Polski triumfowała 2:0, ostatecznie pozbawiając Szwedów wyjazdu do Kataru. Tym razem kluczowy atut własnego boiska leżał po stronie naszych rywali, co – jak pokazuje historia – stanowi dla polskiej kadry ogromną przeszkodę psychologiczną i sportową.
Sytuację skomplikowała dodatkowo statystyka kalendarzowa – reprezentacja Polski w całej swojej historii nigdy nie wygrała meczu rozgrywanego 31 marca, notując dotychczas jeden remis i aż trzy porażki. Dzisiejsze starcie na Strawberry Arena w Solnie to był mecz zatem mecz, który niósł za sobą pewne obciążenie mentalne dla obu stron.
Jeżeli ktoś myślał, że Jan Urban po ostatnich manewrach z Oskarem Pietuszewskim nagle przestanie ryzykować, przeliczył się jak pewien polski piłkarz w kasynie.
I Jan Urban też ponownie się przeliczył. Postawiono na niesztampowy skład i niesztampową taktykę. Najciekawszymi zmianami w składzie było wypróbowanie Przemysława Wiśniewskiego i Karola Świderskiego.
A taktyka swoją nieprzewidywalność opierała najwidoczniej na tym, że Anthony Elanga kryty był przez powietrze - okazało się to średnim pomysłem i zawodnik Newcastle United po podaniu Yasina Ayari'ego pokonał Kamila Grabarę już w 19. minucie przepięknym strzałem w samo okienko, a my musieliśmy odrabiać straty.
Dobra ofensywa i beznadziejna defensywa
Szwedom odpowiedział Nicola Zalewski. 24-latek, który nie mógł zagrać w poprzednim spotkaniu, zdecydowanie zaznaczył swoją obecność. W 33. minucie w dość niepozornej sytuacji zszedł do środka, myląc defensywę gospodarzy i oddał strzał - lecąca w światło bramki piłka niebezpiecznie skozłowała na murawie, po czym niefortunnie prześlizgnęła się po rękach interweniującego Nordfeldta i ostatecznie wpadła do siatki. Remis. Poza tym, Zalewski grał naprawdę mądrze z piłką - czasami wdał się w pojedynek, innym razem przetrzymał lub wycofał. Gorzej było w defensywie: wszakże to jego stroną poszła akcja, po której straciliśmy (słusznie czy nie - inna sprawa) drugą bramkę.
Robert Lewandowski także zdecydowanie mógł się podobać. Dobrze wyglądał z piłką, co jest pewną nowością w ostatnim czasie. Pomagał w różnych sektorach boiska, zanotował kilka odbiorów, celnie i mądrze podawał, stanowił fundament naszej ekipy. Tak powinien wyglądać lider. Zabrakło tylko tego, z czego rozliczamy go najczęściej - bramki.
Niestety, poważnie zawodziła defensywa dowodzona przez Jana Bednarka i Jakuba Kiwiora. Zbyt łatwo stracona pierwsza bramka była niepokojącym emblematem tego, co czekało nas dalej. Jeżeli nie sprzyja sędzia, to tyły muszą być stabilne, a tego zabrakło, co znalazło swoje brutalne odzwierciedlenie w 44. minucie, tuż przed zejściem do szatni. Szwedzi wywalczyli rzut wolny na dogodnej wysokości. Do piłki podszedł Benjamin Nygren i posłał ostre, mocno rotowane dośrodkowanie na bliższy słupek bramki strzeżonej przez Kamila Grabarę.
Do centrowanej piłki jako pierwszy dopadł szwedzki stoper Gustaf Lagerbielke. Obrońca gospodarzy zdołał wyprzedzić polskiego bramkarza i precyzyjnym strzałem głową skierował futbolówkę do siatki, odbierając nam nadzieję aż do drugiej połowy.
Renesans Karola Świderskiego
Przywrócił ją zawodnik, który przedtem nie potrafił się - zgodnie z oczekiwaniami - odnaleźć na boisku. Karol Świderski, uprzednio niemogący znaleźć porozumienia z Robertem Lewandowskim, tracący piłkę, nawet blokujący plecami strzały własnych kolegów - to on wbił piłkę do siatki. Dośrodkowywał Cash, piłki w zamieszaniu dotknął jeszcze Kamiński, potem spadła pod nogi Zalewskiego, a ten podał właśnie do Świderskiego, który miał przed sobą pustą bramkę. Od 55. minuty znów się cieszyliśmy tym spotkaniem.
Nietrafione pomysły Jana Urbana - klątwa utrzymana
Niestety, klątwa Polaków nie została przełamana. Musiało tak być. Nie mogliśmy wygrać tego spotkania, dając w prezencie dwie bramki rywalowi i pomagając w zdobyciu trzeciej.
Szwedzi przeprowadzili groźną akcję, która zakończyła się mocnym strzałem. Kamil Grabara zdołał obronić to pierwsze uderzenie, ale piłka niefortunnie wróciła pod nogi Szwedów. Nastąpiła błyskawiczna dobitka i tym razem uratowało nas obramowanie bramki. Do trzech razy jednak sztuka - w tym zamieszaniu nasi obrońcy nie zdołali wybić futbolówki. Do odbitej piłki jako pierwszy dopadł znakomicie ustawiony Viktor Gyökeres. Strzałem z bliska wpakował ją do siatki. I tyle. Koniec.
Trudno stwierdzić, co powinien czuć polski kibic i kogo obwinić. Sędziego? Znajdą się podstawy. Obronę? Znajdą się podstawy. Trenera? Znajdą się podstawy. Kłamstwem byłoby zawyrokowanie, że naszym piłkarzom nie zależało. Części na pewno tak. Oddaliśmy w sumie 15 strzałów, 9 z nich było celnych. Wracaliśmy regularnie do gry. To nie był mecz w stylu niegdysiejszej reprezentacji Polski, która załamywała się po stracie bramki.
To jednak niczego nie zmienia.
Koszmar stał się jawą - Szwecja jedzie do Ameryki. Defensywa, która cudem przetrwała Albanię, nie wystarczyła na Szwecję. Tego się obawiano i to się wydarzyło. Szkoda tylko Roberta Lewandowskiego. Wszyscy chyba wiemy, co się teraz stanie.
Źródło: Goniec.pl