Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Wiadomości > Śledztwo Gońca: "Zostawili go jak psa". Śmierć na prawie pustym SOR-ze
Jan Mazurek
Jan Mazurek 20.05.2026 08:25

Śledztwo Gońca: "Zostawili go jak psa". Śmierć na prawie pustym SOR-ze

Śledztwo Gońca: "Zostawili go jak psa". Śmierć na prawie pustym SOR-ze

Emil Gniazdowski był zdrowy jak koń. Na imprezie w Toruniu przesadził z alkoholem, zatruł się, wymiotował. O 3:00 po dwudziestolatka przyjechała karetka. O 3:51 ambulans przewiózł go na SOR. O 3:57 w szpitalu przyjęli go jako pacjenta NN. O 5:10 umarł z powodu zadławienia treścią żołądkową. Prokuratura początkowo umarzyła śledztwo bez możliwości apelacji. Zrozpaczona matka pyta: „Gdzie byli lekarze? Gdzie były pielęgniarki? Dlaczego nikt nie pomógł mojemu synowi? Zamordowali go?”. 

1.

Poranek 22 sierpnia 2025 roku. Do Marzeny Szymańskiej dobijał się nieznany numer. Nie odbierała. Pewnie marketing, zawracanie głowy, myślała. Połączenia robiły się uciążliwe. Jest sprzątaczką w jednym ze stołecznych ośrodków dla niepełnosprawnych. Pielęgniarka, koleżanka z pracy, poradziła: „A weź to zablokuj, niech nie dzwonią”. Tak zrobiła.

Aż odezwała się policja z Żytniej. Marzena przez ułamek sekundy łudziła się, że może zdarzył się wypadek. Że syn leży w szpitalu ciężko rany. Ale po chwili już nie miała złudzeń. Zadzwoniła do siostry: „Policja do mnie idzie. Emil chyba nie żyje”.

2.

Emil kończył liceum, uczył się weekendami. W tygodniu pracował: najpierw w Żabce, potem na Orlenie. Latem 2025 roku się zwolnił. Mówił, że wiecznie na stacji tyrać nie zamierza. Szukał lepiej płatnej fuchy. Chciał być „komputerowcem”. Matka opowiada, że w szóstej klasie zajął drugie miejsce w konkursie informatycznym w szkole na Ciołka. Pokonał go tylko jakiś maturzysta. Ale to on dostał boomboxa. I latał z nim po mieście. A potem sam sobie złożył komputer. Gamingowy, świecący, wyglądający jak wielka drukarka 3D.

Streamował na Twitchu. Obserwowało go 6593 osób. Nagrywał na TikToku. Zebrał prawie 82 tysiące polubień. Śledził youtuberów, od nastoletnich lat biegał za nimi po Złotych Tarasach. Na Instagramie ma zdjęcie z Blowkiem, na Facebooku z Owcą z WK Dzik, na obu profilach z Mariuszem Pudzianowskim. Chodził na siłownię, był na redukcji, brał odżywki białkowe, z 170 kilogramów schodził do 100, dobrnął do 145.

Na wejściu do jego pokoju wymalowany czerwoną farbą uśmiech, wlepki z Route 61, WOŚP, Michelin, Zygzakiem McQueenem. W środku zaduch, ten wielki komputer jak drukarka 3D, lampy LED, samochodziki z LEGO i nie tylko, plakaty z Travisem Scottem i Kendrickiem Lamarem, pamiątkowa butelka Jim Beama, sprzęt fryzjerski: peleryna, szpatułki, grzebienie, nożyczki, golarki. Kolegów strzygł za darmo. Czasami myślał o byciu barberem. Na półkach mnóstwo modnych i drogich sneakersów, na ścianie tablica rejestracyjna z imieniem „Emil”.

Śledztwo Gońca: "Zostawili go jak psa". Śmierć na prawie pustym SOR-ze

Pomagał matce w opiece nad trzema husky: dziesięcioletnim Luckym, niebieskookim Drake’em i brązowookim Zeusem. Zeus należał do niego. Marzena mówi, że czasami nie chciało mu się brać go na poranne spacery, ponoć cały jego młodzieńczy bunt.

- Użyteczny, zaradny, perspektywy miał. Nigdy nie miałam z nim kłopotów.  Sąsiadom siatki nosił. Pomagał starszej kobiecie z drugiego bloku, kiedy upadła w mieszkaniu i nie mogła się podnieść. Poleciał do niej od razu. Taki do rany przyłóż i wszystko się goi. Łobuzem nie był. Imprezowiczem szalonym też nie. Dorabiał, bo lubił mieć swoje pieniądze, ale chodził przecież jeszcze do liceum. W tym roku miał mieć studniówkę. Nawet jego kolegi pytałam. Ale już nie, już nie…

Śledztwo Gońca: "Zostawili go jak psa". Śmierć na prawie pustym SOR-ze


3.

Na sierpień umówił z przyjaciółmi spotkanie w Toruniu. Matce powiedział, że impreza, grill. Pożegnalne lato. Potem każdy do pracy, do szkoły, na studia.

- Boże, jakby ci się coś stało, ja w Warszawie, ty tam… Ja nie mam do ciebie dostępu. Musiałabym mieć helikopter – powtarzała mu Marzena.

Już wcześniej tam jeździł. Ale tym razem była dziwnie niespokojna. Wolała, żeby odłożył plany. Jej siostra choruje na stwardnienie rozsiane. Gdyby coś jej się stało, potrzebowała Emila i jego prawa jazdy na miejscu w Warszawie.

- Mama, ja jadę tylko na dwa dni. Nic się nie wydarzy. Przyjadę jak będziesz spała – uspokajał Emil.

Ruszył 20 sierpnia. O 23:10 dojechał do Torunia. Marzena w słuchawce usłyszała uspokajające: „Dwie minuty temu zaparkowałem”.

21 sierpnia kolejny telefon. Miał kolizję. Facet wyjechał mu z podporządkowanej. 
Emil tłumaczył: „Mama, jakbym nie miał zajebistego refleksu i nie uciekł, to nie miałbym samochodu”. Ta spytała, czy nic mu się nie stało. Odparł, że nic.

Ostatni raz kontaktowali się tego samego dnia, wieczorem, po 21:00. Padło: „Mama, zadzwonię rano”. Podobno grill się przewrócił. I trzeba było go ratować. Rano zadzwoniła policja. 

4.

Najpierw ustalmy fakty z 22 sierpnia 2025 roku. Emilowi na imprezie w Toruniu towarzyszyło siedmiu kolegów i cztery koleżanki. Chłopak przesadził z alkoholem, poszedł do toalety, wymiotował.

O 2:40 zaniepokojeni koledzy i koleżanki zadzwonili na pogotowie.

O 3:00 przyjechała karetka.

O 3:51 ambulans przewiózł go na SOR w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym im. L. Rydygiera w Toruniu.

O 3:57 w szpitalu przyjęli go jako pacjenta NN.

O 5:10 umarł.

W dokumentacji medycznej znajdują się dwie przyczyny zgonu. Ostra niewydolność oddechow0-krążeniowa jako przyczyna bezpośrednia. Zadławienie treścią żołądkową i upojenie alkoholowe jako przyczyna wyjściowa.

5.

Marzena nie spała od piątku do poniedziałku. Chodziła po mieszkaniu zapłakana. W końcu wyruszyła do Torunia. Zabrała siostrę. Wiózł je dwudziestoletni kolega Emila. W Prokuraturze Rejonowej Toruń Centrum-Zachód ktoś już miał na nie czekać, przynajmniej tak usłyszały przez telefon.

- Na wejściu mówią, że pani prokurator nie ma w pracy. „Jak to?”, pytamy. Zbywają nas. Dać dokumenty i won. „Ale my chcemy porozmawiać z prokuraturą. Dziecko umarło”, mówi siostra. Po pół godzinie błagania z łaską wyłazi jakaś zastępczyni tej głównej prokuratorki. Ale ona nie wie, o co chodzi. Nie zna sprawy. Tam jest prosektorium. Podpisać papiery. I wynocha – opowiada matka Emila.

Kobiety przeniosły się na Komisariat Policji Toruń-Śródmieście.

- Zaznaczam tam, że do młodzieży nie mam zastrzeżeń. Pogotowie wezwali. Ale co stało się w szpitalu? Gdzie była pielęgniarka? Gdzie był lekarz? Policjant nie umiał powiedzieć, co stało się z moim dzieckiem. „Zdrowy człowiek umiera w szpitalu”, mówię. „Karkówkę mu z gardła szczypcami wyciągali”, odpowiada. „Mój syn takiego kotleta połknął? Na raz? Wątpię”, kręcę głową. Robi wykład o alkoholu, o żołądku, powtarza te bzdury o karkówce, i nagle: „Niech pani weźmie poprawkę, że syn być może umarł wcześniej”. „To lekarz wpisał fałszywą datę zgonu? Szpital nie przyjmuje trupów!”, irytuję się. Głupa rżnął. Nic nie wiedział. „Dlaczego karetka stała na tej imprezie aż godzinę?”, pytam jeszcze. „Nie stała”, słyszę. „Nie?”, wytrzeszczam oczy. On: „No nie, stała pięćdziesiąt jeden minut”. Okropne to było. Czułam się fatalnie potraktowana – wspomina Marzena Szymańska.

6.

W prosektorium Marzena przeżywała katusze. Emil siny, blady, brzuch porozcinany, głowa też. Szpital rozebrał go do naga.

- Zdziwiło mnie, że majtki podarte. Bluzkę mogli rozciąć, żeby ratować serce, ale po co spodnie czy majtki? Miał zegarek treningowy, który wszystko rejestrował. Nagle brak danych – relacjonuje.

Naszły ją czarne myśli.

- Powiem brzydko, ja myślę, że oni go tam w tym szpitalu zamordowali. Przypuszczam, że go zostawili jak psa. Bezdomnego psa. Na jakimś korytarzu bocznym. „A, pijany, wytrzeźwieje”, machnęli ręką. Zadławił się? Wymiotami? Ale jak? W pozycji bocznej nie leżał? A może był przypięty? Nieudzielenie pomocy to też jest przestępstwo? Tak? Czy już wariuję? On żył. Żył – powtarza.

Płacze.

- Mam jego opaskę, zerwałam mu ją z nogi, jak go w prosektorium oglądałam. Gdyby umarł na ulicy, nie robiłabym sprawy. Upadł, uderzył się, nie miał kto pomóc. Ale w szpitalu powinien być monitorowany. Nie sam. Gdyby była przy nim pielęgniarka, zawołałaby lekarza, przecież mogli mu zrobić dziurę: w gardle, pod żebrem, gdziekolwiek. Przecież mają sprzęt, maszyny. Nie powinni pozwolić, żeby umarł. Mogli operować, mogli wyjąć to, czym się zakrztusił. Zdrowy chłopak. Zdrowy jak koń, jak byk, jak ryba. Nigdy poważnie nie chorował. Nawet covida ode mnie nie złapał. Tylko anginy, na gardło się zarażał, ale to było w przedszkolu – głos Marzeny raz po raz się łamie.

Ciągle płacze.
 

Śledztwo Gońca: "Zostawili go jak psa". Śmierć na prawie pustym SOR-ze
 

7.

Filip był ubezpieczony w UNIQA. Marzena dowiedziała się od firmy, że pieniędzy z polisy nie zobaczy. W lakonicznym piśmie od UNIQA przeczytała, że umowę unieważnia „upojenie alkoholowe”.

Pogrzeb na Wólce Węglowej. Marzena jeździła meleksem za karawanem, nie dałaby rady iść, nagrała kościół pełen młodzieży.

- Wszystko to płakało. Dziewczyny, chłopaki, podchodzili, mówili, że dobrze go wychowałam. Ja nie wiedziałam, że on tylu przyjaciół ma – mówi.

Najdroższa była trumna. I okazała się za mała. Emil miał ponad dwa metry wzrostu. A trumna dwa metry i dziesięć centymetrów. Nogi musieli mu lekko podkurczyć. Była obawa, czy się do grobu zmieści.

- Złożyliśmy go do moich rodziców. Ja też tam pójdę. Ale kto mnie pochowa? On miał mnie pochować. Jego tylko miałam. I go pochowałam. Syna pochowałam. Własne dziecko, własne dziecko. Jakby serce umarło. Siedzę, modlę się tak, jak umiem. A dranie chodzą. Mordują – złości się Marzena.

8.

11 września 2025 przyszło pismo z Komisariatu Policji Toruń-Śródmieście, że Prokuratura Rejonowa Toruń Centrum-Zachód umorzyła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci Emila Gniazdowskiego wobec braku znamion czynu zabronionego.

Aspirant sztabowy Agnieszka Chmielewska informowała w nim, że śledczy przesłuchali jedenaścioro uczestników imprezy i matkę chłopaka. Po uzyskaniu opinii sądowo-lekarskiej stwierdzili, że przyczyną zgonu Emila była ostra niewydolność oddechowo-krążeniowa w następstwie zachłyśnięcia się treścią żołądkową przy współistniejącym zatruciu alkoholem.

Radca prawny Piotr Żurawski, pełnomocnik Marzeny Szymańskiej, napisał zażalenie, w którym domagał się ustalenia, co zdarzyło się z Emilem w karetce i między 3:57 a 5:10 w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym im. L. Rydygiera w Toruniu.

Sędzia Tomasz Żuchowski z II Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Toruniu utrzymał zaskarżone postępowanie w mocy. Podkreślał, że koncentrowało się ono przede wszystkim na kwestii ewentualnego przyczynienia się uczestników imprezy do śmierci dwudziestolatka, a nie ratowników medycznych w ambulansie czy lekarzy w szpitalu.

- W przypadku podejrzenia możliwości popełnienia przestępstwa z art. 160 § 1 i 2 k.k. przez osoby personelu medycznego, które zajmowały się zmarłym Emilem Gniazdowskim, pełnomocnik powinien ewentualnie złożyć odrębne zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa – tłumaczył sędzia Żuchowski.

Marzena poprosiła o pomoc ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka i rzecznika praw obywatelskich Marcina Wiącka. W listach do nich pisała, że nie ustalono, kto sprawował opiekę nad jej synem w szpitalu, nie przesłuchano ratowników medycznych, pielęgniarek i lekarzy, nie podano momentu i okoliczności zachłyśnięcia się treścią żołądkową.

9.  

Syn jej siostry ciotecznej przywiózł Mazdę i rzeczy Emila z Torunia.

- Bez kapci go zabrali w tej karetce – łapie się za głowę matka.

W mieszkaniu Lucky, Drake i Zeus zleciały się do torby. Obwąchiwały ją. Wkładały łby. Popiskiwały.

- Każdy jeden wyjęty przedmiot śledziły wzrokiem. Przez dwa tygodnie chodziły wokół jego samochodu. Pan zobaczy, przed blokiem zaparkowany. A one naokoło i naokoło. Na lince. Zeus próbował łapą klamkę otwierać. Moja siostra otwierała usta: „O, Boże, Boże”.

Husky uspokoiły się dopiero po pogrzebie.

- Widocznie był.

- Jak to był?

- Bo zaczęły wyć. Akurat byłam w sklepie. Siostra cioteczna została. Mówi, że najstarszego nie mogła odciągnąć. Dwa doleciały. I wszystkie trzy wyły. I w pokój jego się patrzyły. 

 

10.

- Ja nie mam, po co żyć – powtarza Marzena.

Płacze.

- Zamordowali mi dziecko – tak matka Emila kończy niemal każdy dłuższy wywód.

Przejęła po nim smartfona. Uczy się ignorować „jego” powiadomienia. Przytłaczają ją. Często blokuje się jej ekran. I nie wie, jak to „naprawić”. Przegląda galerię zdjęć syna. Dla ukojenia.

Odtwarza wydarzenia z 20, 21 i 22 sierpnia 2025 roku. Emil dużo nagrywał. Mazda po kolizji. Dzień przed śmiercią: pije drinka. Ten dzień: grill.

- A tu jakby diabła zobaczył – kobieta pokazuje selfie syna z jednym z kolegów, na którym obaj dla żartów wykrzywiają twarze.

Ostatni ślad to mniej więcej 2:00 i zrzut ekranu z zegarka.

- Dziwne, że nie ma tego więcej. Nie wygląda, jak ktoś kompletnie pijany. Zwykle całą noc siedzieli. Wypił drinki. Ale nie był pijakiem. W domu mam dużo alkoholu, jakieś nalewki ze spirytusu. Sama robiłam, w celach leczniczych. Gdyby był nienormalny, wiedziałabym.

Policjant powiedział Marzenie, że dwie albo trzy osoby na imprezie były „dobrze wstawione”. Przesłuchiwano ich na końcu. Żeby wytrzeźwieli. Czasami rozmawia z chłopakiem, który organizował tamtą imprezę.

11.

Nikodem prosi o anonimowość, więc to nie jest jego prawdziwe imię. Na pogrzeb przyjechali z Torunia w dwa samochody. Opowiadał Marzenie, że widział, jak ratownicy wkładali Emilowi rurę do gardła i jak w karetce wymiotował.

- Cześć Nikodem, poznajesz mnie? – mówi Marzena.

- Tak, dzień dobry – odpowiada nieśmiało Nikodem.

Marzena przekazuje mi smartfona, który należał do Emila. Nikodem zgadza się na rozmowę.

- To był spokojny grill czy piliście dużo alkoholu?

- Raczej nie piliśmy dużo. Emil wypił trochę więcej, źle się poczuł, poszedł do toalety, zniknął na jakiś czas. Zaniepokoiliśmy się, poszliśmy za nim, wymiotował nad muszlą klozetową. „Zezgonował”, po prostu. Stracił przytomność, więc zadzwoniliśmy na pogotowie. I to kilka razy.

- Aż przyjechała?

- Tak, jakoś po dwudziestu minutach. Sanitariusze weszli i od razu powiedzieli, że w sumie niepotrzebnie przyjechali, bo wezmą go na wytrzeźwiałkę.

- Czyli nie na SOR, tylko na wytrzeźwiałkę, bo się upił?

- Powtarzali, że niepotrzebnie ich wezwaliśmy. Ale że skoro już są, to go zabiorą. Znieśliśmy go z pierwszego piętra. Położyliśmy na kocu na podłodze. Pół godziny szukaliśmy jego dowodu, bo o niego prosili. Wynieśliśmy go przed dom na nosze. Wsadzili go do karetki. Tam długo go jeszcze trzymali, bo się dławił. Jakby się językiem zachłysnął czy czymś takim. Widziałem tę rurę.

- Mieliście poczucie, że Emil jest… żywy? Nieprzytomny, pod silnym wpływem alkoholu, ale żywy?

- Kontakt był praktycznie żaden. Miał zamknięte oczy. Ale wymiotował. Więc tak, był żywy, na pewno.

- Ktoś z was chciał z nim pojechać do szpitala?

- Nie mogliśmy. Nie jesteśmy rodziną. Nawet nie o to więc nie pytałem, bo wiadomo było, że się nie zgodzą. Cały czas padało, że biorą go na wytrzeźwiałkę. Dopiero gdy odjeżdżali i zapytałem, gdzie go wiozą, usłyszałem, że na SOR.

- Mieliście poczucie, że jest w dobrych rękach?

- Była obawa, to nie jest normalna sytuacja. Ale czuliśmy, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Czy był w dobrych rękach? Jak widać, nie był.

- O co pytała cię policja podczas przesłuchania?

- Nie wiem, czy mogę to mówić. Ale pytali głównie o przebieg sytuacji. Powiedziałem dokładnie to samo, co mówią teraz.

12.

Janusz Mielcarek, rzecznik prasowy Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im. L. Rydygiera w Toruniu, przekazuje nam, że w skład zespołu ratownictwa medycznego wysłanego na imprezę wchodziły dwie osoby.

Triage'u, czyli szybkiej oceny stanu zdrowia poszkodowanego na SOR, mającego na celu ustalenie priorytetów pomocy, dokonał wyznaczony do tego ratownik medyczny.

W nocy z 21 na 22 sierpnia 2025 roku dyżur na SOR pełniło sześciu lekarzy, cztery pielęgniarki, ośmiu ratowników medycznych i dwoje ratowników Kwalifikowanej Pierwszej Pomocy.

W tym czasie na SOR przebywało sześciu chorych.

Łatwo policzyć, że na każdego pacjenta przypadało przynajmniej trzech członków personelu medycznego.

- Obsada spełniała obowiązujące normy oraz warunki kontraktu z NFZ. Nie był to dyżur o zwiększonym obciążeniu – mówi Mielcarek.

Relacjonuje, że w przypadku Emila Gniazdowskiego pierwszy interwencję podjął lekarz dyżurny internista i ratownik medyczny z obszaru resuscytacyjno-zabiegowego. Na resztę zadanych pytań odpowiedzieć nie może, odnoszą się bowiem bezpośrednio do dokumentacji medycznej pacjenta, która z natury rzeczy jest objęta tajemnicą, nawet po śmierci pacjenta.

- Chorzy z upojeniem alkoholowym przechodzą w SOR proces diagnostyczno-terapeutyczny adekwatny do ich stanu, monitorowane są ich parametry życiowe, nie ma oddzielnych procedur dotyczących takich chorych – stwierdza rzecznik prasowy toruńskiego WSZ.

Wojewódzki Szpital Zespolony im. L. Rydygiera w Toruniu nie posiada danych dotyczących średniego czasu oczekiwania na obsłużenie pacjenta SOR przez lekarza w sierpniu 2025 roku.

W przypadku Emila Gniazdowskiego to nie czas oczekiwania okazał się problemem. Śmiertelnym w skutkach.
 

13.

W lutym 2026 roku, a więc pół roku po śmierci Emila, Marzena otrzymała odpowiedź z biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Sławomir Kaźmierczak z zespołu prawa karnego napisał, że nie ma przesłanek umożliwiających zaskarżenie zapadłego postanowienia Sądu Rejonowego w Toruniu w drodze nadzwyczajnych środków zaskarżenia.

Przedstawiciel RPO zauważył jednak, że pojawiły się „uzasadnione wątpliwości i obawy, czy w sprawie tej nie doszło do uchybień w zakresie odpowiedniej inicjatywy dowodowej oraz gromadzenia materiału dowodowego”.

- W oparciu o opinię sądowo-lekarską ustalono, że przyczyną śmierci pana Emila Gniazdowskiego, po przewiezieniu go do szpitala, była ostra niewydolność oddechowo-krążeniowa w następstwie zachłyśnięcia się treścią żołądkową przy współistniejącym zatruciu alkoholem. W takiej sytuacji nie można było jednak wykluczyć ani zaniechać działań procesowych zmierzających do wyjaśnienia, czy personel medyczny, w tym personel szpitala, pełniący w tym przypadku rolę gwaranta, poprzez ewentualnie niewłaściwe postępowanie medyczne lub nieprawidłowy nadzór nad pacjentem, nie spotęgował grożącego mu niebezpieczeństwa utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu – tłumaczył Kaźmierczak.

Rzecznik Praw Obywatelskich w liczącym kilka stron piśmie przez wszystkie przypadki odmieniał słowa „wnikliwe, „rzetelnie”, „starannie”, „obiektywnie”. Zaapelował do Prokuratury Rejonowej Toruń Centrum-Zachód w Toruniu o zbadanie całości materiałów postępowania przygotowawczego, poddanie go krytycznej analizie pod kątem kompletności zebranego materiału dowodowego i ewentualnego przeprowadzenia dodatkowych czynności uzupełniających.

14.

Pod koniec lutego Marzena Szymańska przesyłała SMS-a. W nim kolejne pismo od Rzecznik Praw Obywatelskich, który informował, że po jego interwencji Prokuratura Okręgowa w Toruniu przeprowadzi odrębne śledztwo w sprawie śmierci Emila od tego, które zostało umorzone.

- Przedmiotem tamtego postępowania było ustalenie okoliczności dotyczących wydarzeń podczas pobytu pokrzywdzonego na imprezie i ewentualnego przyczynienia się osób trzecich do jego zgonu. W jego toku zapoznano się z dokumentacją medyczną pacjenta. Dysponował nią również lekarz patomorfolog wydający opinię po przeprowadzeniu sekcji zwłok. Nadmieniam, że zabezpieczona na potrzeby postępowania dokumentacja medyczna była kompletna i wystarczająca. W sprawie przesłuchano lekarza, który przyjął pacjenta od ZRM na SOR – przekazuje nam Izabela Oliver, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Toruniu.

- Kwestia odpowiedzialności personelu medycznego za działania podejmowane wobec pokrzywdzonego, jak i ich prawidłowości jest przedmiotem odrębnego postępowania, które pozostaje w toku – dodaje Oliver z toruńskiej prokuratury. 

Śledztwo Gońca: "Zostawili go jak psa". Śmierć na prawie pustym SOR-ze
15.

Lucky leży w przedpokoju. Drake i Zeus przy oknie. Wszystkie trzy husky wpatrują się w Marzenę.

- Jakby nie te psy, to bym się położyła już. Nikogo nie mam. Nikogo. On był całą moją radością, iskierką – mówi.

Wskazuje palcem na pokój Emila.

- Remont planowaliśmy. Na tak pod koniec wakacji. Miał się przenosić.

W szafce zeskładowała dokumenty: akt zgonu, zerwaną z nogi opaskę, pisma od prokuratury, policji, ubezpieczyciela, w końcu Rzecznika Praw Obywatelskich, który jako jedyny złożył jej kondolencje.

- Po pół roku od jego śmierci nic nie mam. Nic nie wiem. A chcę tylko wiedzieć, czy oni zabili mi dziecko. I jak tak, to dlaczego jeszcze za to nie odpowiedzieli?

Płacze.

- Mają ludzi za gówno?

 

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji
Wybór Redakcji