Roboty zastąpią polskich żołnierzy? "Technologicznie jesteśmy na to gotowi"
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował o bezprecedensowym wydarzeniu na froncie: ukraińskie siły zbrojne po raz pierwszy w tej wojnie zdobyły pozycję wroga, wykorzystując do tego celu wyłącznie powietrzne drony oraz naziemne platformy bezzałogowe (UGV). Operacja odbyła się całkowicie bez udziału żołnierzy, a rosyjscy żołnierze skapitulowali przed maszynami. To zwiastun rewolucji na polu walki, która daje społeczeństwom nadzieję na ostateczne zakończenie epoki masowego poboru. Pytanie o to, czy i kiedy roboty całkowicie zastąpią ludzi w okopach, staje się dziś kluczowym zagadnieniem dla modernizacji Wojska Polskiego. Porozmawiał z nami o tym prof. Cezary Zieliński z Politechniki Warszawskiej, ekspert ds. robotyki autonomicznej i członek Komitetu Automatyki i Robotyki PAN.
- Koniec ery tradycyjnej piechoty może nadejść szybciej, niż zakładano – tylko w pierwszych trzech miesiącach 2026 roku ukraińskie roboty naziemne wykonały ponad 22 tysiące misji frontowych bez narażania życia żołnierzy
- Polska jest już gotowa technologicznie na robotyzację sił zbrojnych. Innowacje dostarczają krajowe ośrodki badawcze oraz sektor prywatny, na czele z takimi podmiotami jak Przemysłowy Instytut Automatyki i Pomiarów (PIAP) czy Grupa WB Electronics
- Barierą dla polskiej armii pozostają niewielkie moce produkcyjne oraz to, że ostateczny wybór dostawców technologii (krajowych lub zagranicznych) zależy od decyzji politycznych, a nie braku rodzimego potencjału intelektualnego
Przełom na froncie i zmiana paradygmatu wojny
Ukraińskie dowództwo udowodniło, że scenariusze znane dotąd z przewidywań teoretyków wojskowości stają się sprawdzoną taktyką. Prezydent Wołodymyr Zełenski przekazał, że ukraińskie oddziały przeprowadziły udany szturm na pozycje obronne przeciwnika, polegając w stu procentach na zdalnie sterowanych maszynach. Dzięki temu strona ukraińska po raz pierwszy odnotowała zerowe straty w ludziach podczas ofensywnego przejmowania terenu.
Sukces ten nie był incydentem, lecz bezpośrednim wynikiem systematycznej integracji naziemnych systemów zrobotyzowanych. Zełenski potwierdził, że tylko w pierwszym kwartale tego roku ukraińskie platformy bezzałogowe zrealizowały ponad 22 tysiące misji na linii styczności. Ich wykorzystanie wzrosło lawinowo, a robotom coraz częściej powierza się zadania, które do tej pory wykonywali wyłącznie żołnierze:
- dostarczanie niezbędnego zaopatrzenia bezpośrednio do okopów,
- ryzykowna ewakuacja rannych z terenów objętych gęstym ostrzałem,
- bezpośrednie, kinetyczne natarcia na punkty oporu przeciwnika.
Tego typu doniesienia nieuchronnie rodzą pytania o moment, w którym pełna automatyzacja pozwoli odesłać do historii pobór do wojska. Ekspert do spraw robotyki, Cezary Zieliński, wskazuje, że Polska nie zaczyna w tym wyścigu od zera.
- Nasza armia już teraz w wielu aspektach stawia na bezzałogowce, choć wizja wojska całkowicie pozbawionego ludzi wymaga szerszego kontekstu.
Zapytany o to, na jakim etapie w drodze do zautomatyzowanego pola walki znajduje się Polska, ekspert stwierdza wprost:
— Poniekąd już jest gotowa, bo przecież mamy wojska wyposażone w drony i chętniej wysyłamy bezzałogowce niż pilotów samolotów załogowych.

Etyka maszyn i obniżony próg wejścia w konflikt
Choć wizja starć, w których niszczony jest jedynie sprzęt, jawi się z perspektywy obywateli jako niezwykle pożądana, kryje się za nią bardzo niebezpieczne zjawisko wojny asymetrycznej. Sytuacja, w której jedna strona dysponuje rojem bezlitosnych maszyn, a druga musi rzucać do walki żywych żołnierzy, tworzy przepaść technologiczną. Cezary Zieliński podkreśla, że kwestia ta trafiła już na agendę najwyższych organów międzynarodowych.
— Natomiast oczywiście jest problem z sytuacją pośrednią: jedni mają roboty, a drudzy ich nie mają, więc roboty będą wtedy walczyły przeciwko ludziom. To jest główny problem rozważany przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Wprawdzie nie wydano żadnych dokumentów jednoznacznie rozstrzygających, czy ta broń jest legalna – to znaczy, czy wolno jej używać na polu walki – ale pojawiają się wątpliwości dotyczące obniżenia progu wejścia w konflikt zbrojny. W państwach demokratycznych ludzie nie będą bowiem skłonni przejmować się maszynami.
Widmo ofiar w ludziach oraz presja opinii publicznej od zawsze stanowiły najsilniejszy naturalny hamulec przed rozpoczynaniem działań wojennych. Wyjęcie tego czynnika z politycznego równania drastycznie zmienia zasady dyplomacji. Decydentom znacznie łatwiej będzie wydać rozkaz do ataku, ryzykując jedynie utratę metalu i oprogramowania.
— W związku z czym nieodpowiedzialni politycy mogą skierować swoje zrobotyzowane wojsko na przeciwnika. Jeżeli po drugiej stronie są ludzie i obniżony jest próg wejścia w konflikt, to rodzi to pewne problemy etyczne i moralne. Faktycznie przez środowisko robotyków, a w szczególności tych, którzy zajmują się robotami pola walki, takie problemy są rozważane.
Polski potencjał technologiczny a polityczne decyzje
Pomijając kwestie etyczne, o tym, kiedy na polskim froncie zobaczymy sceny rodem z Ukrainy, decyduje stan krajowego przemysłu obronnego. W tej materii posiadamy zaplecze naukowo-badawcze, które od lat projektuje i testuje zaawansowane systemy walki. Jak precyzuje Cezary Zieliński, kluczową rolę w sektorze państwowym odgrywają wyspecjalizowane instytuty:
— Technologicznie istnieje coś takiego, co nazywa się Przemysłowy Instytut Automatyki i Pomiarów (PIAP). Tenże instytut wchodzi w skład Sieci Badawczej Łukasiewicz i robi naziemne roboty dla wojska. Te roboty są przeznaczone nie tylko dla wojska, ale też dla straży pożarnej, straży granicznej, policji i tak dalej. Oni tę technologię od końca lat 90. wdrażają i oferują wojsku. To, czy wojsko to od nich kupuje, czy nie, jest już decyzją polityczną i decyzją wojskowych, zależną od ich potrzeb.
Obok podmiotów państwowych stoi potężny sektor prywatny, który dowiódł swoich kompetencji na arenie międzynarodowej. Rodzimy kapitał intelektualny jest wystarczający do zbudowania niezależności sprzętowej:
— Jako kraj jesteśmy na to gotowi technologicznie. Mamy drony – w szczególności produkuje je Grupa WB Electronics, ale nie są oni jedyni. W samej Sieci Łukasiewicz drony tworzy bodajże Instytut Lotnictwa. Potencjał do wykorzystania zatem jest. Natomiast to, czy wolą polityków będzie kupowanie sprzętu za granicą, czy produkcja tutaj w kraju, leży już poza wpływem instytucji, które posiadają potencjał intelektualny i produkcyjny.
Głównym problemem nie jest brak wiedzy inżynieryjnej, ale surowe realia rynkowe i skala zamówień ze strony decydentów. Branża zbrojeniowa musi mieć racjonalne podstawy biznesowe do inwestowania w rozwój linii montażowych.
— Na razie nasze moce produkcyjne są niewielkie, ponieważ niewielka jest też sprzedaż dla Wojska Polskiego. Obecnie ten przemysł rozwija się głównie na bazie sprzedaży do Ukrainy. Ponieważ pojawiają się tam duże zamówienia, warto stawiać fabryki, które będą ten sprzęt produkować.
Tempo transformacji polskiego pola walki i to, czy wyślemy do okopów polskie roboty zamiast poborowych, pozostaje kwestią otwartą. Punkt wyjścia jest jednak wysoce obiecujący, co ekspert kwituje krótko:
— Potencjał intelektualny mamy. Mamy również doświadczenie w tym sensie, że tego typu urządzenia były już u nas produkowane.
Źródło: Goniec.pl