Zrobili zdjęcie cen masła. Absurdalna kwota, lawina komentarzy
Zdjęcie asortymentu w jednym ze sklepów spożywczych na obrzeżach Warszawy wywołało ożywioną dyskusję w mediach społecznościowych. Internauci zwracają uwagę na wyraźne różnice w kosztach podstawowych produktów spożywczych w zależności od miejsca ich zakupu. Liczne komentarze pod wpisem na profilu „Krytyka Kulinarna” oceniają obecną sytuację rynkową oraz politykę cenową drobnych przedsiębiorców.
Kontrast cenowy między sklepami osiedlowymi a dyskontami
Fotografia opublikowana na profilu „Krytyka Kulinarna” przedstawia półkę w podwarszawskim sklepie, gdzie masło Kerrygold wyceniono na 18,50 zł, a Lurpak na 17,99 zł. Autor wpisu zapytał:
„Gdzie przebiega cienka granica między normalnością, a obłędem?”.
Część komentujących broni stawek, tłumacząc je kosztami logistyki produktów premium:
„Lurpak i masło irlandzkie zawsze były drogie. To importowane produkty premium”.
Inni zestawili te kwoty z promocjami w dyskontach, gdzie ceny spadały poniżej złotówki. Uczestnicy debaty wyjaśniają, że mniejsze placówki, kupując towar w hurtowniach, muszą nakładać wyższe marże. Sprawia to jednak, że klienci rezygnują z ich wspierania. Jak zauważa jedna z osób:
„A potem zdziwienie i pretensje do ludzi, że zakupy robią w dyskontach i supermarketach”.
Zróżnicowanie stawek na rynku międzynarodowym
Do debaty włączyli się Polacy mieszkający za granicą, a ich relacje okazały się zaskakujące. Osoba mieszkająca w Irlandii podała, że w kraju pochodzenia tego masła cena wynosi „w wadze 227 gram (€2.99) oraz 454gr (€4.99)". Inny uczestnik dyskusji dodał z Niemiec:
„W Niemczech gdzie mieszkam to masło irlandzkie kosztuje maks 2 euro za 250 gram".
Krajowi konsumenci nie kryją zdumienia. Trudno im pojąć, dlaczego produkty importowane z zachodnich krajów bywają w Polsce droższe niż tam, gdzie zostały wyprodukowane lub gdzie koszty pracy i transportu są znacznie wyższe.
Problem zróżnicowania cen w handlu owocami
Zjawisko zróżnicowania cenowego dotyczy również innych kategorii produktów, co potwierdzają przytaczane relacje z lokalnych warzywniaków. Jedna z klientek opisała sytuację, w której za polskie truskawki żądano 42,90 zł za kilogram, a za maliny 30 zł. Gdy zwróciła uwagę na wygórowany koszt, usłyszała, że to owoce krajowe. Konsumentka replikowała, że trzy dni wcześniej kupiła truskawki polskie za 29,90 zł za kilogram. W odpowiedzi sprzedawczyni zarzuciła jej brak wiedzy:
„wy się nie znacie, nie odróżniacie polskich od importowanych”.
Autorka komentarza podsumowała zdarzenie stwierdzeniem:
„Tak się składa, że odróżniamy. Również to, że ktoś nas chce zrobić w jajo”.
Według uczestników dyskusji, takie incydenty niszczą zaufanie do drobnego handlu.