Śledztwo Gońca: Tajemnica „Czarodziejskiego Portu”. Tak w Polsce wykorzystuje się krzywdę dzieci
Straszenie „psychiatrykiem”, wykręcanie rąk, wyzywanie od „głupków” i „debili” - dzieci z rodzinnego domu dziecka „Czarodziejski Port” mówią o stosowanej wobec nich psychicznej i fizycznej przemocy. Trzykrotnie przeludniona placówka powstała na terenie luksusowego SPA. Jej właścicielka traktuje ją jak biznes.
Twin Peaks
Lubin to niepozorne, prowincjonalne miasteczko na Dolnym Śląsku. Z dala od zgiełku stolicy, kamer ogólnopolskich mediów i realnej kontroli państwowych instytucji, spokojnie bije tu serce miedziowego imperium.
Kiedy po raz pierwszy wjeżdżam do Lubina, uderzają mnie bogactwo, rozmach i skala inwestycji. Powiat lubiński od lat znajduje się w finansowej czołówce kraju. Obecnie wyprzedzają go jedynie Warszawa wraz z „obwarzankiem”, Sopot i Płock.
W mieście trwa budowa aquaparku, nie brakuje lśniących nowością budynków, powstają kolejne obiekty sportowe i kulturalne. Prezydenci Lubina i Wrocławia — każdy mierzący się ze swoimi medialnymi problemami — fotografują się wspólnie i rozpływają nad wzorową współpracą, dzięki której mieszkańcy obu miast zyskają nową drogę szybkiego ruchu oraz połączenia kolejowe.
Im częściej jednak tu bywam, tym wyraźniej widzę, że pozorny spokój i stagnacja są jedynie kamuflażem. Pod jego powierzchnią kryją się napięcie, czujność i strach. Sponsorzy, samorządowcy i lokalni biznesmeni tworzą zamknięty ekosystem, a zbyt dociekliwi przyjezdni szybko uczą się, że pewnych pytań lepiej nie zadawać.
Przez ostatni rok docierały do mnie niepokojące sygnały o systemowym krzywdzeniu dzieci w okolicach Lubina. Historie, które stopniowo odkrywałem, wskazywały na skrupulatne tuszowanie nieprawidłowości. W lokalnych mediach system opieki nad dziećmi przedstawiany jest jako wzorcowy, tymczasem na posiedzeniach komisji rady gminy o pieczy zastępczej mówi się w alarmistycznym tonie. Rodzinne domy dziecka są interwencyjnie zamykane, śledztwa umarzane, a problemy — zamiatane pod dywan.
Od czterech lat nierozwiązana pozostaje również zagadka materiałów rozesłanych pocztą elektroniczną do lokalnych VIP-ów. Miały one zawierać zapisy rozmów prezydenta Lubina i jego wieloletniego współpracownika. Wśród setek stron stenogramów pojawiają się wątki dotyczące wykorzystywania dzieci — tropy, których nikt nigdy do końca nie sprawdził.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że skandale są tu celowo wyciszane, a policja i prokuratura nawet nie próbują prześwietlić sieci zależności i zarzutów dotyczących wyprowadzania publicznych pieniędzy. W mieście, w którym blask miedziowego bogactwa przesłania mroczne tajemnice, lokalne układy umacniają w mieszkańcach poczucie bezradności. Najbardziej bezbronni — dzieci — stają się w tej rzeczywistości ofiarami.
Znam tylko jedno miejsce, w którym panuje podobny klimat. Dorastałem tam, więc wciąż często bywam i — niczym agent Cooper — od razu dostrzegam analogie, które nie pozwalają mi po prostu odjechać. Tym miasteczkiem jest Twin Peaks.
- ZOBACZ FILM “DOLNOŚLĄSKIE TWIN PEAKS” RADOSŁAWA GRUCY:
Sowy nie są tym, czym się wydają
W tym krajobrazie zależności powstał „Czarodziejski Port” — rodzinny dom dziecka, który miał być bezpieczną przystanią dla skrzywdzonych dzieci. Zamiast tego stał się symbolem wszystkiego, co w Lubinie działa bez zarzutu, dopóki nikt nie zagląda do środka.
Jak wiele tutejszych historii, ta również zaczyna się obiecująco. Dobrze sytuowane małżeństwo, wychowujące dwoje własnych dzieci, postanawia założyć rodzinny dom dziecka. Bartek Bielak, pracownik KGHM, sztygar wydobywczy i ratownik, zbliża się do emerytury i zaczyna myśleć o tym, jak ułożyć sobie dalsze życie.
Jego żona, trzydziestoletnia Angelika — atrakcyjna blondynka, kobieta ceniąca luksus, markowe ubrania i drogie dodatki — mimo prawniczego wykształcenia i niewątpliwej inteligencji nigdzie na dłużej nie zagrzała miejsca. Pracowała w samorządzie gminy Lubin, zajmując się gospodarką odpadami. Później prowadziła działalność w branży transportowo-budowlanej, by następnie spróbować sił w kancelarii franczyzowej.
— Siedzieliśmy przy obiedzie i od słowa do słowa wpadliśmy na pomysł, żeby spróbować swoich sił w pieczy zastępczej — opowiada Bartek.
Jego ówczesna teściowa od lat zarządza pieczą zastępczą w powiecie. To potencjalnie idealne zrządzenie losu. Dla małżonków było oczywiste, że mogą liczyć na jej wsparcie i doświadczenie.
Wkrótce, przy wsparciu teściowej – dostają od starostwa do dyspozycji lokal po byłym luksusowym SPA, przyjmują pod opiekę pierwszą szóstkę dzieci. Spełnia się ich marzenie: uruchamiają rodzinny dom dziecka.
Wybór lokalizacji powinien jednak od razu wzbudzić wątpliwości. W tym samym budynku działa restauracja, w której serwowany jest alkohol i regularnie organizowane są bankiety, przyjęcia okolicznościowe oraz imprezy.
Prowadzenie domu dziecka w jednym obiekcie z restauracją i salą bankietową stoi w rażącej sprzeczności z przepisami ustawy o wychowaniu w trzeźwości.
— Przepisy są jednoznaczne: rodzinny dom dziecka może działać wyłącznie w lokalu mieszkalnym. Nikt nigdy nie zwrócił nam na to uwagi - przyznaje dziś Bartek.
W mediach społecznościowych „Czarodziejskiego Portu” od początku wszystko wygląda jednak cukierkowo. W lokalnych telewizjach dzieci opowiadają o wspaniałej „cioci” i zajęciach dodatkowych, a TVN24 nagrywa materiał o basenie, którym dysponują wychowankowie w rzekomo unikalnym obiekcie. Obraz jak z bajki.
To jednak tylko jedna strona medalu. Zanim do placówki trafia pełna grupa dzieci, w budynku rodzinnego domu dziecka pojawiają się funkcjonariusze CBŚP z bronią w ręku.
— Nie przyjeżdżaj! Tu jest prawdziwa strzelanina. Biegają bandyci, chyba jest policja. Nie wiem, co się dzieje! — krzyczy przez telefon Angelika w lipcu 2023 roku, zaledwie dwa dni po wprowadzeniu się dzieci do nowego domu.
- Okazało, że syn właścicieli z jakimiś swoimi kolegami, mieli tu wcześniej pokaźną plantację marihuany, 250 krzaków. Oczywiście nie mieliśmy o tym pojęcia - wspomina Bartek.
Od początku było za to jasne, że obiekt po byłym SPA, w którym mieści się „Czarodziejski Port”, należy do rodziców Tobiasza Franczaka, prowadzących w pobliskich Składowicach własną betoniarnię i dobrze znanych w całej okolicy. Roli, jaką Tobiasz odegra w życiu państwa Bielaków, nikt jeszcze się wówczas nie domyśla.
Mimo pechowego początku, placówka zaczyna działalność. Formalnie Bartosz jest prowadzącym, a Angelika zostaje zatrudniona jako opiekunka. Jednocześnie to ona zajmuje się sprawami administracyjnymi i prowadzi finanse.
Bartosz od rana do popołudnia pracuje w kopalni, a po 14 zajmuje się opieką nad dziećmi. Między małżonkami stopniowo narasta jednak konflikt, który skłania go do przejrzenia dokumentów księgowych placówki.
Przez ciemność przeszłych dni
Punktem zapalnym jest zatrważające tempo przybywania nowych podopiecznych. Kierująca pieczą zastępczą teściowa Bartka, ignorując wszelkie oficjalne limity, umieszcza w „Czarodziejskim Porcie” kolejne dzieci z interwencji, z likwidowanych domów dziecka i z innych ośrodków.
Wkrótce wychowanków jest znacznie więcej, niż pozwalają na to ustawowe limity. Na początku 2025 roku państwo Bielak mają u siebie piętnaścioro wychowanków, do maja dołącza kolejna czwórka, w lipcu piątka…
„Cumowanie” kolejnych dzieci w „Czarodziejskim Porcie” przybiera na sile, a decyzje odpowiadającego za to Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie są argumentowane brakiem miejsc w pieczy zastępczej oraz wysokimi kosztami utrzymania domu dziecka w budynku SPA.
Z czasem Bartosz orientuje się, że nie kontroluje sytuacji i zaczyna protestować. Jednocześnie nie jest w stanie osiągnąć porozumienia ani ze swoją żoną, ani z teściową. Małżeństwo zaczyna się rozpadać, a ostatecznym ciosem staje się ujawnienie romansu Angeliki ze wspomnianym wcześniej Tobiaszem – synem właścicieli wynajmowanego obiektu.
Małżeństwo rozwodzi się z hukiem, co najwyraźniej pomaga utrzymać nieprawidłowości w „Czarodziejskim Porcie” w tajemnicy.
Jeszcze w 2024 roku Bartek wspólnie z żoną promuje pieczę zastępczą w lokalnych mediach. Kilka miesięcy później, jak sam przyznaje, ma wrażenie, jakby rzeczywistość całkowicie rozjeżdżała się z publicznymi deklaracjami.
Odpowiedzialnością obarcza Angelikę, która — jego zdaniem — nadużyła zaufania i od początku prowadziła rodzinny dom dziecka w sposób przynoszący korzyści przede wszystkim jej samej oraz jej najbliższemu otoczeniu.
Dziś Angelika sprawuje pieczę zastępczą nad dwudziestoma czterema wychowankami. Tym samym trzykrotnie przekracza ustawowy limit dzieci w rodzinnej placówce opiekuńczej. Zgodnie z obowiązującymi przepisami pobiera świadczenia na utrzymanie dzieci, świadczenia 800+, dodatki opiekuńcze oraz wynagrodzenie prowadzącej. Łącznie daje to około 75 tysięcy złotych miesięcznie.
Dzięki tym pieniądzom żyje na wysokim poziomie, kupuje markowe ubrania, drogie perfumy, a środki zasilają również budowę nowego domu — twierdzi Bartek.

Nowobogacki styl życia, markowe dodatki i kosztowne zakupy pojawiają się w relacjach niemal wszystkich rozmówców, których pytam o Angelikę. Wielu z nich podkreśla, że przy braku innego źródła dochodu trudno wyobrazić sobie, by przeciętni prowadzący rodzinne domy dziecka mogli pozwolić sobie na podobny standard.
Największe kontrowersje budzi jednak kwestia użytkowania budynku po dawnym SPA. Lokal jest przez nią wykorzystywany nieodpłatnie, co — według rozmówców — możliwe było dzięki wsparciu matki Angeliki.
Zgodnie z przepisami powiat może zapewnić lokal rodzinie zastępczej, jeśli ta nie dysponuje własnym. Musi to być jednak budynek mieszkalny, a nie użytkowy. W praktyce większość rodzin prowadzi jednak swoje placówki we własnych domach.
Z budżetu powiatu pokrywane były również koszty mediów — około sześciu tysięcy złotych miesięcznie. Z tej „darmowej” infrastruktury korzystały nie tylko dzieci, ale również inne osoby mieszkające w dawnym SPA, w tym znajomi Angeliki oraz jej nowy partner.
Ustawodawca, powierzając rodzinom prowadzenie pieczy zastępczej w kameralnej formie, dopuszcza jednocześnie ograniczoną kontrolę wydatkowania środków publicznych. Pieniądze trafiają bezpośrednio do prowadzących, którzy samodzielnie decydują o bieżących wydatkach, bez ścisłej ewidencji budżetowej i procedur zamówień publicznych.
Zdaniem Bartosza Bielaka ten mechanizm był w „Czarodziejskim Porcie” wykorzystywany bez skrupułów.
Argument finansowy przemawia również na rzecz hospitalizacji dzieci z problemami zdrowotnymi lub psychicznymi. Koszty pobytu przejmuje NFZ, co nie przeszkadza w dalszym pobieraniu pełnych świadczeń z PCPR i ZUS.
To czysty zysk
— słyszę od moich rozmówców.
Ogniu, krocz ze mną
Z czasem odkrywam coś, co przeraża najbardziej: metody wychowawcze stosowane w „Czarodziejskim Porcie”.
— Pamiętajcie, niczego się nie bójcie. Niczego. Wam włos z głowy nie spadnie. Uwierzcie mi. Żadne straszenie tutaj nic nie da — uspokajał wychowanków Bartosz Bielak podczas jednej z rozmów, gdy sam nie mieszkał już w placówce. Pytał wprost, czy to „ciocia Angelika” straszy dzieci.
Rozmowa była konsekwencją narastających sygnałów o przemocy psychicznej i fizycznej.
— Psychiatrykiem — odpowiadali chłopcy. — Psychiatrykiem i ośrodkiem. Ciągle mówi, że pojedziemy do ośrodka, do Sieniawki. Jak tylko coś zrobimy źle.
Już pod koniec 2024 roku pojawiły się pierwsze informacje, że w placówce mogło dochodzić do przemocy. Według relacji Bartosza Bielaka dzieci w godzinach nocnych często pozostawały pod opieką opiekunki, która w sytuacjach kryzysowych wzywała swojego partnera.
Mężczyzna — Sasza — miał „rozwiązywać problemy”, stosując siłę: wykręcać dzieciom ręce, dociskać je do ściany, łapać za szyję i przyduszać.
Zaniepokojony Bielak spotkał się z wychowankami. W rozmowie potwierdzili oni wszystkie niepokojące sygnały. Okazało się również, że byli regularnie zastraszani.
Powiedział nam, że jak będziemy dalej głośno — a nie byliśmy — to nam coś zrobi. Pokazywał zdjęcia i nagrania, jak się bije na boksie relacjonował jeden z młodszych chłopców.
Bielak nagrał te rozmowy i przekazał je policji. Relacje dzieci zostały także opisane później w raporcie dotyczącym funkcjonowania rodzinnego domu dziecka.
W odpowiedzi Angelika odtworzyła dzieciom nagranie ich rozmowy z byłym mężem. Robiła im wyrzuty, wzbudzała poczucie winy, wyzywała od „głupków” i „debili”. Z relacji wynika, że działania te pogłębiały manipulację i budowały w dzieciach niechęć wobec Bartka.
-Ciocia powiedziała, że nie chce już sprawować nad nami opieki prawnej i że mamy stąd odejść — relacjonowała jedna z wychowanek. — Mówili, że nie zasługujemy na taki dom i że zdecydują, gdzie nas dadzą. Tak, jakby chcieli nas nastraszyć.
Dziewczynka kontaktuje się z Bartkiem w tajemnicy, bo „ciocia” bardzo nieprzychylnie patrzy na kontakty byłego męża z wychowankami. Na tyle niekomfortowo czuje się wiedząc, że dzieci nadal mają w Bartku powiernika, że postanawia złożyć do organów ścigania zawiadomienie przeciwko własnej wychowance, oskarżając ją o… stalking.
Bartek ze zdumieniem odkrywa, że to nie pierwszy taki pomysł byłej żony. Podczas któregoś ze spotkań, wraz z koordynatorką przekonują go, że zgłaszanie 12-latków na policję ma spore walory wychowawcze i stanowi cenną lekcję…
Zdesperowany Bartosz Bielak 21 marca 2025 roku zgłasza sprawę do organu nadzorującego – Starostwa Powiatowego w Lubinie, które od marca do maja 2025 zarządza kontrolę doraźną w „Czarodziejskim Porcie”.
Przez kolejne dwa miesiące dokumenty zawierające wnioski pokontrolne są strzeżone.
Bartosz szybko przekonuje się, że wypowiedzenie wojny lokalnemu układowi — którego symbolem była jego była teściowa, znana w mieście jako „Barbie” — pociąga za sobą dotkliwe konsekwencje.
Mimo starań o stworzenie odrębnej placówki dla dzieci, otrzymuje negatywną opinię i na wiele sposobów to jego usiłuje się obarczyć problemami „Czarodziejskiego Portu”.
Jednooki Jacks
Moi rozmówcy sugerują, że to Alina Tarczyńska — prywatnie matka Angeliki — mogła być faktyczną matką chrzestną finansowego sukcesu „Czarodziejskiego Portu”. To ona doskonale orientowała się w przepisach prawa i potrafiła dostrzec wszelkie — mniej lub bardziej legalne — możliwości pozyskiwania publicznych pieniędzy.
Mimo że chętnych do prowadzenia rodzinnych domów dziecka wciąż brakuje, Barbie zdaje się rozumieć, że znając odpowiednie „sztuczki”, można dorobić się fortuny kosztem dzieci.
Poświęcam więcej czasu, by zrozumieć jej fenomen i pozycję w Lubinie.
Za losy dzieci w trudnych sytuacjach odpowiada od blisko 20 lat. Przetrwała kilka prób usunięcia jej ze stanowiska w związku z nieprawidłowościami, jakich się dopuszczano w podległych jej instytucjach.
Choć wśród podwładnych miała opinię osoby wybuchowej, potrafiła sprawnie poruszać się w świecie lokalnych zależności. Gdyby nie silna protekcja, mogła stracić stanowisko co najmniej kilka razy. Dysponując rozległymi kontaktami w środowisku lokalnych policjantów, prokuratorów i polityków, od lat prowadziła w starostwie własną politykę. Zawsze mogła liczyć na szczególne traktowanie, co rozmówcy wiążą z jej relacjami z otoczeniem Roberta Raczyńskiego, prezydenta miasta.
Nie zaszkodziły jej także polityczne zawieruchy, gdy część radnych próbowała doprowadzić do jej odwołania, grożąc rozpadem koalicji. W jej obronie otwarcie stawał jeden z lokalnych polityków, robiący karierę w dyplomacji, a ludzie Raczyńskiego w radzie powiatu pilnowali, by osoby wchodzące z nią w konflikt traciły pracę. Ci, którzy wykonywali polecenia bez sprzeciwu, mogli liczyć na nagrody. Ci, którzy się buntowali — mieli poważne kłopoty.
Ten „ekosystem Raczyńskiego” nie stworzył się sam. W przypadku PCPR jego centrum stanowiła właśnie Alina Tarczyńska, ale za nią stali jeszcze mocniejsi gracze. Ludzie już dawno uznali, że nic się nie da z tym zrobić i nawet nie próbują mówić o tym głośno
– z żalem mówią mi mieszkańcy.
Mam poczucie, że w Lubinie pod pozornie sielankowym obrazem systemu opieki i pomocy rodzinom kryją się tajemnice oraz dramaty dzieci, które często nie mają komu opowiedzieć o swojej sytuacji i uczą się posłuszeństwa zamiast bezpieczeństwa.
Przez długi czas nic nie wskazywało na to, że pozycja Aliny Tarczyńskiej może być zagrożona. Legendy o jej życiorysie i kulisach kariery powtarzali mi kolejni rozmówcy. Jedno jest pewne: mieszkająca w Osieku w domu jednorodzinnym z mężem, lokalnym przedsiębiorcą z branży pomocy drogowej, wydawała się całkowicie niezatapialna. Do czasu.
Jej odejście zbiegło się z publikacją nagrania przygotowanego przez lokalną aktywistkę Monikę Erkens, 16 października 2025 roku w ramach inicjatywy Studio Kiosk. W tym czasie sam przygotowywałem już ten reportaż.
Pani Monika, zaciekawiona misją, którą od kilku miesięcy prowadziłem w Lubinie, zaprosiła mnie na rozmowę. To wówczas po raz pierwszy publicznie opowiedziałem o tym, że w śledztwach prowadzonych w sprawach lokalnych lubińskich radnych, pojawiają się tropy działań szajki pedofilów.
Zło czai się czasami i w pełnym słońcu funkcjonuje latami. Niezrozumiałe są dla mnie różne historie, które dotyczyły zmian i przenoszenia różnych dzieci z RDD - opowiadałem. - Tu dochodzimy do mitycznych na razie, ale moim zdaniem bardzo istotnych i nie przeanalizowanych wciąż jeszcze należycie przez organa ścigania, rzekomych stenogramów Andrzeja Pudełki i prezydenta Roberta Raczyńskiego (…) Nie umiem w żaden sposób zrozumieć jak to jest możliwe, że nikt nie zajął się poważnie tropami, które można tam znaleźć
– usłyszeli wówczas ode mnie mieszkańcy.
Chodziło o sprawę, która od lat krąży nad miastem: rzekomą inwigilację prezydenta Lubina i stenogramy - prawdziwe bądź nie - rozmów mogące obciążać jego otoczenie. A przede wszystkim przewijające się tam wątki wskazujące na przestępstwa seksualne wobec dzieci.
Rozmowa w Kiosku wywołała poruszenie wśród mieszkańców. Zacząłem otrzymywać sygnały, prośby o kontakt i informacje o kolejnych patologiach lokalnego układu. W tym samym tygodniu ogłoszono, że Alina Tarczyńska po niemal dwudziestu latach odchodzi ze stanowiska.
To dzieje się znowu
Badając układ lubiński, odkryłem, że temat krzywdzenia dzieci ma tu długą, niechlubną tradycję.
Już w 2012 roku głośno było o „otrzęsinach” w salezjańskim gimnazjum, podczas których dzieci zlizywały bitą śmietanę z kolan wychowawców.
Dziesięć lat później ówczesny dyrektor szkoły został skazany za posiadanie pornografii dziecięcej. Sama placówka uniknęła jednak systemowych kontroli.
Ten sam rok przyniósł dramatyczny list wychowanków domu dziecka w Ścinawie. Placówkę zamknięto, dzieci rozdzielono, a śledztwo umorzono. Nikt nie poniósł konsekwencji.
W kwietniu 2013 umorzono śledztwo ws. przekroczenia uprawnień przez nadzorujących dom dziecka uznając, że do przestępstwa nie doszło. Co naprawdę działo się w domu dziecka nikt nie próbował dociekać, ale nawet po 12 latach echa cierpień dzieci relacjonowanych pocztą pantoflową przypominają sobie nasi informatorzy ze Ścinawy i Lubina.
Od tamtej pory w lokalnych mediach, portalach społecznościowych i cichych rozmowach mieszkańców pojawiają się kolejne wątki, dotyczące trudnego losu dzieci w pieczy zastępczej.
Prokuratura Okręgowa w Legnicy od 2024 roku prowadzi postępowania dotyczące przemocy, starostwo powiatowe nadzorujące pieczę zastępczą, rozwiązuje interwencyjnie cztery placówki w skali roku, do mieszkańców pocztą pantoflową przenikają informacje o znęcaniu się nad dziećmi oraz podejrzeniu wykorzystywania seksualnego.
Wychowankowie często zmieniają placówki, opiekunowie z dnia na dzień rezygnują z pracy, narasta nastrój niechęci wobec prowadzących po ujawnianych skandalach i maleje liczba chętnych do podjęcia się opieki.
Kto zabił Laurę Palmer?
Przysłuchuję się nagraniom obrad Komisji Skarg, Wniosków i Petycji Rady Gminy Lubin z 19 sierpnia 2024 roku.
– W rodzinnych domach dziecka źle się dzieje – przyznaje wieloletnia przewodnicząca Rady Powiatu Jadwiga Musiał, komentując interwencyjne zamykanie placówek pieczy zastępczej. – To już czwarty zamknięty rodzinny dom dziecka w skali roku.
W jej ocenie PCPR powinien wręcz być dumny ze swoich działań, bo do interwencji doszło „wskutek solidniejszych kontroli i bardziej rzetelnego podejścia do obowiązków”, które – jak podkreśla – wdrożono pod koniec 2023 roku.
– Szczegółami zajmuje się policja i prokuratura. Wiem, bo chodzę na przesłuchania. To długa historia, proszę mi wierzyć… – mówi pani Jadwiga, postrzegana w mieście jako nieformalna nadzorczyni spraw dotyczących dzieci z tzw. rodzin patologicznych.
Po chwili dodaje:
– Nie będę wchodziła w szczegóły, ale nie chcieliby państwo wiedzieć, jakie są dalsze konsekwencje tego wszystkiego, co się tam działo. Być może kiedyś to ujrzy światło dzienne. To nie jest czas ani pora.
Być może pani Jadwiga nie zdaje sobie sprawy, że tą wypowiedzią znacząco przyspieszyła tempo naszego śledztwa. Nic bowiem nie mobilizuje dziennikarzy bardziej do wchodzenia w niewygodne szczegóły niż próba narzucenia narracji oraz wyznaczania „właściwego” momentu ujawniania faktów.
Po wyjaśnienia udajemy się do przedszkola w Lubinie, którym przewodnicząca rady powiatu kieruje jako dyrektorka. Pytamy o okoliczności zamknięcia Rodzinnego Domu Dziecka przy ul. Słowackiego. Potwierdza, że była w tej sprawie przesłuchiwana, jednak odmawia podania szczegółów.
– Jako radna i jako dyrektor przedszkola, do którego uczęszczały dzieci z tego rodzinnego domu dziecka, byłam chyba dwukrotnie przesłuchiwana przez policję – potwierdza.
– Jaki był dalszy tok tych materiałów, to pana powinno zainteresować. Bo prokuratura już wiele razy umarzała… – ucieka od rozmowy i wraca do swoich obowiązków.
Kilka tygodni później, gdy próbujemy ponownie się z nią skontaktować, odmawia dalszych rozmów, tłumacząc się urlopem.
Nieoficjalnie docierają do nas informacje o tym, co wydarzyło się w RDD przy ul. Słowackiego i co miało zmusić władze powiatu do zamknięcia placówki. W grudniu 2023 roku nagle wezwano tam prowadzących trzy inne rodzinne domy dziecka, którzy – w asyście psychologa – mieli przejąć dzieci i rozlokować je w swoich placówkach.
Z ul. Słowackiego zabrano dziesięcioro dzieci.
Pani Hannie, która przez trzy lata kierowała placówką, zarzucono znęcanie się nad dziećmi. Gdy pytamy, kto i w jaki sposób ujawnił torturowanie małoletnich wychowanków, słyszymy, że zawiadomienia do prokuratury wpłynęły zarówno z Dolnośląskiego Centrum Zdrowia Psychicznego, jak i ze starostwa powiatowego.
Po wielu tygodniach starań udaje nam się uzyskać informacje z akt sprawy. Jak informuje prokuratura:
„W dniu 26 czerwca 2025 roku skierowano akt oskarżenia przeciwko Hannie W. Sprawa toczy się przed Sądem Rejonowym w Lubinie. Była prowadząca została oskarżona o wielomiesięczne fizyczne i psychiczne znęcanie się nad wychowankami”.
O sprawie oficjalnie mówi się niewiele, jednak wśród rodziców zastępczych i urzędników krąży informacja, że już po zamknięciu placówki, podczas sprzątania obiektu, w niewielkim pomieszczeniu pod schodami znaleziono strzykawki, zużyty aparat do kroplówki oraz kaftan bezpieczeństwa. Wokół tej historii wciąż pozostaje wiele niedomówień.
- Kaftan miał wycięty otwór, przez który można było podawać kroplówkę, a na miejscu znaleziono też waciki z krwią – mówi nam jeden z informatorów, do których dotarliśmy. Ale zastrzega, że o szczegółach nie może rozmawiać z uwagi na tajemnicę procesu, który właśnie rusza w lokalnym sądzie w Lubinie.
Po zadaniu kolejnych pytań również te informacje potwierdza prokuratura. W akcie oskarżenia mowa jest o wielokrotnym krępowaniu dzieci, przywiązywaniu do kaloryfera, unieruchamianiu prześcieradłami i kaftanem bezpieczeństwa oraz podawaniu środków o działaniu uspokajającym i nasennym.
Dalsza lektura akt ujawnia cały katalog tortur fizycznych i psychicznych, jakim miały być poddawane dzieci. Nie ustalono, czy dochodziło również do molestowania seksualnego, jednak rzecznik prokuratury potwierdza, że kaftan bezpieczeństwa został zabezpieczony jako dowód rzeczowy. Czworo dzieci bezpośrednio po interwencji trafiło do pieczy zastępczej w Czerńcu, sześcioro – do „Czarodziejskiego Portu”.
To właśnie tam trafiały dzieci z licznych interwencji, zarówno z domów rodzinnych, jak i innych form pieczy zastępczej. Niechętnie opowiadały o wcześniejszych doświadczeniach, jednak zachowanie kilkorga z nich wskazywało na możliwe wykorzystywanie seksualne.
W rozmowie z nami Angelika Bielak potwierdziła jedynie przypadek jednego z trzech braci – siedmioletniego chłopca, który nacinał na sobie ubrania w okolicach intymnych. Nie ujawniła jednak tego, co jeszcze kilka miesięcy wcześniej relacjonowała kontrolerom wizytującym placówkę. Chodziło o niepokojące praktyki tolerowane w poprzedniej rodzinie zastępczej.
– Do jednego z tych chłopców przychodził starszy mężczyzna i zabierał go na noc – relacjonowała Angelika w rozmowach z przedstawicielami starostwa, jednocześnie zapewniając, że w „Czarodziejskim Porcie” uznano to za absolutnie niedopuszczalne. Czy jakiekolwiek służby zbadały ten wątek? Tego wciąż nie udało nam się potwierdzić.
Po długim czasie, licznych wyjazdach i wielu godzinach rozmów zaczynam stopniowo zdobywać zaufanie kolejnych mieszkańców. Ostrożnie badają grunt, ale coraz częściej decydują się mówić o tym, co wiedzą na temat sytuacji dzieci i rodzin zastępczych w Lubinie. Im dłużej rozmawiamy, tym mniej jednoznaczne okazują się poszczególne historie.
W mojej głowie coraz wyraźniej rysuje się obraz zastraszonej i zmanipulowanej społeczności. Ludzie nie ufają sobie nawzajem, bezwiednie powielają starannie przygotowane narracje. Widzę największą chorobę tego miasta: sieć zależności, w którą się wchodzi, a która raz na zawsze odbiera wolność.
W szczerej rozmowie pytam Bartka, czy się boi, czy nie czuje się zaszczuty. Przyznaje, że najbardziej martwi się o życie swojej matki. Jednocześnie mówi o tym ze zdumiewającym spokojem.
Jest taki próg bólu, próg stresu. Jak kogoś biją, to do pewnego momentu krzyczy, że boli, a potem przestaje czuć. Receptory się niszczą. Leje się człowieka, a on już nic nie czuje. I tak się go zabija. U mnie jest podobnie. Ten próg dawno przekroczyłem. Zobojętniałem na wiele rzeczy.
Witamy w Twin Peaks
Lubin i okolice to miejsce, w których problemy załatwia się po cichu, unikając rozgłosu i rozliczania winnych. Lokalne media nie mają sił i środków, aby prowadzić dziennikarskie śledztwa, a politycy z komitetu Roberta Raczyńskiego tkają coraz większą pajęczynę zależności.
Dziennikarze oszczędnie relacjonują skandaliczne nadużycia w rodzinnych domach dziecka. Nikt nie porusza sprawy rozwiązania kolejnej placówki prowadzonej od 13 lat przez małżeństwo nauczycieli, które jeszcze dwa lata wcześniej było wzorem w kampanii promującej pieczę zastępczą, objętej patronatem KGHM.
Patronujący samorządowcom Robert Raczyński stara się nie udzielać w tematach dzieci i młodzieży. Ostatecznie wszelkie skandale i tak umierają śmiercią naturalną.
Bartek mówi, że ma poczucie spełnionego obowiązku po zapoznaniu się z wynikami kontroli „Czarodziejskiego Portu”, wszczętej z jego inicjatywy.
Ocena kontrolerów jest jednoznaczna. W obszernym protokole potwierdzono wszystkie zgłaszane przez niego nieprawidłowości, a dodatkowo ujawniono kolejne. Urzędnicy stwierdzili, że budynek nie posiada statusu lokalu mieszkalnego, a na wielu etapach zawierania umowy ze starostwem dochodziło do celowego wprowadzania w błąd.
„PCPR nie zbadał rzetelnie wszystkich okoliczności związanych z wnioskiem państwa Bielak o utworzenie RDD” - czytamy w protokole.
„Dyrektor PCPR przekazał nieprawdziwe informacje staroście oraz PCPR w Lubinie potwierdzające, iż państwo Andżelika Tarczyńska-Bielak i Bartosz Bielak będą prowadzić RDD w wynajętym piętrowym mieszkaniu (…) Pomieszczenia znajdują się w wynajmowanej części budynku Unikatonia SPA, które nie posiadają statusu lokalu mieszkalnego w rozumieniu przepisów prawa budowlanego. Ustalono, że proces decyzyjny był niekompletny oraz oparty na niepełnych informacjach”.
Podczas oględzin budynku przedstawiciele PCPR musieli wykazać się daleko idącą nieuważnością, skoro nie dostrzegli również licznych zagrożeń dla bezpieczeństwa dzieci. Przeoczyli m.in. poważnie uszkodzony drewniany taras z połamanymi deskami i wystającymi gwoździami, betonowy basen wypełniony wodą – będący elementem ściennej fontanny – schody pozbawione barierek, a także niezabezpieczone puszki elektryczne z wystającymi przewodami.
Pytana przez nas o wyniki kontroli Angelika próbuje ośmieszyć kontrolerów i zbagatelizować zarówno wnioski zawarte w protokole, jak i zalecenia do wdrożenia.
– Ja niczego nie wdrożyłam, bo się z tym nie zgodziłam – przyznaje szczerze. – Nie miałam co wdrażać. Mamy na przykład schody, a oni napisali, że nie ma naklejek żółto-czarnych. Zgodziłby się pan z czymś takim?
Najpoważniejszym zarzutem, który wprost podważa rodzinny charakter pieczy sprawowanej w „Czarodziejskim Porcie”, pozostaje jednak liczba dzieci przebywających w placówce – trzykrotnie przekraczająca ustawowe maksimum – a także potwierdzone w trakcie kontroli relacje wychowanków dotyczące przemocy wobec dzieci.
Audytorzy jednoznacznie wskazali, że żadne okoliczności, nawet dramatyczny niedobór rodzin zastępczych, nie zwalniają z obowiązku przestrzegania prawa.
Istotne uwagi pojawiają się również w wystąpieniu pokontrolnym starostwa, stanowiącym odpowiedź na skargę Angeliki dotyczącą sposobu przeprowadzenia kontroli w RDD. Sami urzędnicy zwracają uwagę na wzajemnie sprzeczne deklaracje prowadzącej placówkę, poddając w wątpliwość jej intencje i motywację.
„Deklaracja o gotowości przekazania dzieci do innych form pieczy zastępczej wydaje się być sprzeczna z wcześniejszymi twierdzeniami o silnych więziach, rodzinnej atmosferze i zapewnieniu najlepszych warunków opieki. Rodzi to wątpliwości co do jednoznaczności stanowiska pani Angeliki”
Mam wrażenie, że gdyby Bartosz Bielak nie postawił wszystkiego na jedną kartę i nie poinformował oficjalnie wszystkich możliwych instytucji o nieprawidłowościach zgłaszanych przez dzieci, sprawa prawdopodobnie albo nie zainteresowałaby nikogo, albo w ogóle nie ujrzałaby światła dziennego. W praktyce bowiem skargi składane przez dzieci – lub w ich imieniu przez opiekunów i rodziców – w Lubinie częściej przynoszą problemy składającym niż realną ochronę najmłodszych.
Diane…
W maju 2025 roku Komisja Skarg, Wniosków i Petycji Rady Gminy rozpatruje skargę na działania urzędników PCPR. Złożyła ją pani Kornelia — matka dwójki dzieci odebranych jej decyzją sądu rodzinnego z powodu zaniedbań rodzicielskich i umieszczonych w pieczy zastępczej.
Treść zarzutów pozostaje niejawna, podobnie jak nagrania dołączone do skargi. Powód jest prosty: samorządowcy uznają, że skoro kobieta zawiodła jako rodzic, nie ma prawa kwestionować działań instytucji. Wprost sugerują też, że składanie takich skarg może przynieść jej więcej szkody niż pożytku.
– Czy pani skarży naszą placówkę, która wykonała wyrok sądu i robi wszystko, by dziecko było zdrowe, bezpieczne i miało namiastkę dzieciństwa? Przecież bez powodu tych dzieci pani nie odebrano – mówi przewodniczący komisji Gracjan Berkowski, radny PiS, zawodowo związany z górnictwem. – Zamiast pisać skargi, powinna pani współpracować z tą instytucją.
Ton rozmowy wzmacnia kolejna radna — Anna Słowikowska z komitetu Roberta Raczyńskiego „Dumni z Lubina”, która wielokrotnie podkreśla swoje doświadczenie pedagogiczne.
– Czy pani wie, że pani zaniedbania również podlegają karze? Że sąd może panią ukarać za to, co spotkało te dzieci? – mówi. – Sąd zobaczy, że robi pani wszystko, by dzieci miały źle, i poniesie pani konsekwencje za narażanie ich zdrowia i życia. Całkowicie nie zgadzam się na te pani skargi.
Przewodniczący komisji proponuje jednak rozwiązanie.
– Wyciągam do pani pomocną dłoń – oznajmia. – Jeśli wycofa pani skargi, uznamy, że sprawy po prostu nie było i żadne zagrożenia nie będą pani dotyczyły.
Pani Kornelia opuszcza posiedzenie. Berkowski, który wcześniej otwarcie deklarował, że nie chce zajmować się tą sprawą, na kolejnych obradach z ulgą przyjmuje informację, że biologiczna matka nie dopełniła formalności. Skarga zostaje uznana za niezasadną.
W Czerwonym Pokoju
Nawet gdy Barbie nie pojawia się na sesjach, ma swoją stałą obrończynię. To Jadwiga Musiał — przewodnicząca Rady Powiatu i dyrektorka Przedszkola nr 10 w Lubinie. Nie szczędzi pochwał pod adresem dyrektorki PCPR, dodając, że największym problemem są ci, którzy „przeszkadzają w pracy” i „wszędzie piszą skargi”.
– Pozwólmy instytucjom działać w granicach ich kompetencji, bo każde takie działanie osłabia zaangażowanie służb – mówi. – Gdy wszyscy piszą skargi jeden na drugiego, do wojewody czy do rzeczników, rodzi się poczucie bezkarności. Ja się nie boję, bo zawsze jestem szczera i prawdziwa.
Starosta Paweł Kleszcz, kolejny reprezentant komitetu Roberta Raczyńskiego „Dumni z Lubina”, pozostaje nieosiągalny. Czasu na rozmowę ze mną nie znajduje nikt w PCPR. Policja w sprawach dotyczących sporów wokół RDD zasłania się przepisami, a prokuratura w Legnicy sprawia wrażenie instytucji zagubionej w licznych postępowaniach, ciągnących się latami — aż do momentu, gdy nikt już o nich nie pamięta.
W końcu udaje mi się zapytać Barbie o nieprawidłowości w pieczy zastępczej w powiecie lubińskim. Ona jednak nie widzi w swoich działaniach żadnych uchybień.
– Gdy dochodziło do poważnych nieprawidłowości w placówkach, PCPR nie sprawował nad nimi nadzoru. Odpowiadał za to Wydział Spraw Społecznych. Prokuratura, a – jak sądzę – także Rzecznik Praw Dziecka,wznowił postępowania właśnie na wniosek PCPR. Kiedy przejęłam pieczę, dopełniłam wszystkich procedur i czułam się zobowiązana powiadomić rzecznika. Do przemocy i nieprawidłowości dochodziło wtedy, gdy PCPR nie miał pieczy – przekonuje.
Wielokrotnie podkreśla, że jej rola ograniczała się do zadań administracyjnych, a odpowiedzialność merytoryczną przerzuca na inne wydziały starostwa. W sprawie „Czarodziejskiego Portu” — która bez wątpienia mieściła się w zakresie zadań administracyjnych — tłumaczy, że działała w imię „wyższego dobra”, trzykrotnie przekraczając ustawowy limit wychowanków z powodu braku miejsc w pieczy zastępczej.

Z tą interpretacją stanowczo nie zgadza się Monika Rosa, posłanka Koalicji Obywatelskiej, przewodnicząca sejmowej Komisji do Spraw Dzieci i Młodzieży oraz członkini Komisji Polityki Społecznej i Rodziny.
– Ustawa jasno określa limity i zasady funkcjonowania rodzinnych oraz instytucjonalnych domów dziecka. Działanie poza tymi ramami jest nielegalne. Jeśli na dziesięć tysięcy przypadków dziesięć funkcjonuje źle, nie oznacza to, że cały system jest patologią. Oznacza to, że te konkretne przypadki należy skontrolować, przeanalizować i — jeśli trzeba — wyciągnąć konsekwencje. To obowiązek samorządu, organizatora pieczy, ale także ministerstwa, jeśli takie sygnały do niego docierają.
Tymczasem...
Teoretycznie wszystko zaczyna się układać. Starostwo Powiatowe uznaje skargę Bartka za częściowo zasadną i zobowiązuje Angelikę do wprowadzenia zmian.
„Niezatapialna” Barbie odchodzi ze stanowiska, w PCPR dochodzi do przetasowań kadrowych.
Dzieci trafiają do nowych rodzin zastępczych, objętych nadzorem koordynatorów.
Toczą się śledztwa, prokuratura kieruje kilka spraw do sądu. Nawet lokalne media po raz pierwszy zaczynają wspominać o tym, co naprawdę kryje się za tajemniczymi stenogramami prezydenta, zawierającymi szokujące wątki, mogące świadczyć o przemocy seksualnej wobec nieletnich.
Wydaje się, że układ lubiński zaczyna się kruszyć. Ale czy na pewno? Coś mi mówi, że to dopiero początek.