Agnieszka Woźniak-Starak w szczerej rozmowie o śmierci męża. "My się jeszcze z Piotrkiem spotkamy"
Agnieszka Woźniak-Starak to postać, której droga w polskich mediach jest równie fascynująca, co pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i wewnętrznych zmagań. Jednak w najnowszej, wyjątkowo otwartej rozmowie – przeprowadzonej w ramach programu „Prześwietlenie” – dziennikarka zdejmuje z siebie pancerz show-biznesu. Dzieli się intymnymi refleksjami na temat życiowej tragedii, która bezpowrotnie podzieliła jej egzystencję na to, co „przed” i „po”.
To szczera opowieść o stracie, dojmującym procesie żałoby i mozolnym budowaniu własnego świata na nowo, z dala od zgiełku wielkiego miasta.
Anatomia rozpadu i instynkt przetrwania
Życie prezenterki uległo brutalnej dekonstrukcji na skutek tragicznej śmierci jej męża, Piotra Woźniak-Staraka. To niewyobrażalnie bolesne wydarzenie wymusiło na niej gwałtowne zatrzymanie się i spojrzenie na codzienność z zupełnie innej perspektywy. W obliczu absolutnego dramatu niezwykle istotna okazała się jej samoświadomość i niemal zwierzęcy instynkt samozachowawczy. Zamiast zapadać się w traumatycznym zamrożeniu, natychmiast poprosiła o profesjonalną pomoc.
– Moja intuicja podpowiedziała mi to od razu. Jeszcze na miejscu, gdy szukaliśmy Piotrka, poprosiłam naszego przyjaciela: „Krzysiu, błagam cię, ściągnijcie tu psychiatrę lub psychologa. Nie jestem w stanie przewidzieć, jak na to wszystko zareaguję” – wspomina Woźniak-Starak.
Lekarz, który otoczył ją opieką, zarysował przed nią dwie możliwe drogi: wyparcie albo intensywne przepracowywanie najtrudniejszych emocji poprzez nieustanną rozmowę. Wybrała tę drugą, choć cena była ogromna.
– Z bliskimi rozmawialiśmy czasami do momentu, aż prawie traciliśmy przytomność i zdzieraliśmy głosy. Miałam ogromną potrzebę mówienia o tym, a wszyscy wokół jakoś się otwierali. Przerabialiśmy własne emocje, mówiliśmy o Piotrku, o tym, co się wydarzyło. To trwało wiele miesięcy, aż w końcu przyszła pandemia – opowiada Gońcowi.
Zewnętrzny świat niespodziewanie zwolnił, dając jej przestrzeń na samotność, ciszę i niezbędną regenerację. Jak sama przyznaje: – Wypadek mojego męża, a chwilę później pandemia, która zbiegła się z najgorszym okresem mojej żałoby... Z perspektywy czasu ten przymusowy postój był dla mnie zbawienny, bo dał mi przestrzeń, by to wszystko przeżyć. Ta tragedia ostatecznie doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem dziś – do życia, w którym absolutnie nie jestem przebodźcowana, bo świadomie je sobie poukładałam.
Endorfiny z lasu i poszukiwanie sensu
W pierwszych tygodniach i miesiącach po stracie ukojenie przynosiły najprostsze, fizjologiczne wręcz czynności. Zderzenie z kruchością ludzkiego istnienia brutalnie obnażyło powierzchowność dotychczasowych problemów zawodowych czy dylematów środowiskowych.
– Gdy pewnego dnia świat wali ci się na głowę, nagle otwierasz oczy i orientujesz się, jak bardzo to wszystko jest nieistotne. Łapiesz się małych rzeczy i widzisz, że tak naprawdę do szczęścia potrzeba ci niewiele – podkreśla prezenterka. – Moim jedynym marzeniem było wtedy po prostu przetrwać. Chodziłam z psami po trzy godziny po podwarszawskich lasach, biegałam po dziesięć kilometrów, żeby tylko złapać trochę endorfin. To nauczyło mnie cieszyć się najprostszymi rzeczami.
Czas długotrwałej żałoby doprowadził ją do głębokich refleksji natury duchowej. W poszukiwaniu ratunku i odpowiedzi, sięgnęła po bogatą literaturę zgłębiającą tematykę życia po życiu.
– Ratowałam się literaturą. Czytałam wszystkie możliwe książki o życiu po śmierci, bo miałam silną potrzebę zlokalizowania, gdzie ten Piotrek może teraz być. To był mój jedyny cel. Naczytałam się tego tak dużo, że niesamowicie mnie to zbudowało i pomogło, bo po prostu uwierzyłam, że to wszystko prawda, że coś tam jest – wyznaje w rozmowie z Gońcem.
Dziś, w społeczeństwie, w którym śmierć wciąż pozostaje zjawiskiem silnie stabuizowanym, ona mówi o niej z uderzającym spokojem: – To doświadczenie całkowicie oswoiło dla mnie temat ostateczności. Przestałam się zupełnie bać śmierci, bo wiem, że ona tak naprawdę nie istnieje. Nie mam na to twardych dowodów, ale czuję, że coś jest dalej. Po prostu musi coś być. Nie przyjmuję do wiadomości innego scenariusza.
Od syndromu oszustki do świadomej prezenterki
Rozmowa o stracie naturalnie przeplata się z podsumowaniem jej zawodowej drogi – drogi, która wcale nie była tak oczywista, jak mogłoby się wydawać z perspektywy czerwonych dywanów. Jako dziecko była niezwykle nieśmiała, a praca przed kamerą była swego rodzaju terapią szokową. Zresztą pewne echa tamtych lęków pozostały w niej do dziś.
– Ja na przykład bardzo nie lubię dzwonić do ludzi, bo mam wrażenie, że komuś przeszkadzam – przyznaje ze śmiechem. – Boję się, że będę zawracała głowę, że ktoś akurat nie ma czasu ani ochoty rozmawiać, że to po prostu zła chwila.
Przez lata mierzyła się z syndromem oszustki. Choć wielokrotnie udowodniła swój profesjonalizm, do etosu dziennikarskiego podchodzi z ogromnym szacunkiem i pokorą. – Dziennikarstwo znaczy dla mnie tak dużo, że sama nigdy bym się tak nie nazwała. Mam poczucie, że jestem prezenterką – profesjonalną prezenterką. Wyrastałam w etosie, że to zawód wymagający ogromnego poświęcenia i pracy; że dziennikarz mówi o rzeczach absolutnie kluczowych i realnie zmienia świat.
Świat telewizyjnej rozrywki, w który wpadła, często wymagał od niej bycia drapieżną. Prowadzenie formatów takich jak „Na językach” niosło za sobą potężny koszt emocjonalny. Dziś, dawne skandale i medialne wojenki wydają się jej czymś z poprzedniego wcielenia.
– Dzisiaj, z tej perspektywy, wydaje mi się to zupełnie abstrakcyjne. Jakbym patrzyła na wydarzenia sprzed dwóch życiorysów – to totalny surrealizm – zauważa z dystansem. – Myślę sobie czasem, że byłam głupia. Można było to wszystko bardzo cynicznie wykorzystać jako platformę do budowania medialnej wartości, bo dzisiaj rynkową pozycję buduje się głównie na takich właśnie aferach.
Nigdy jednak nie zależało jej na tanim poklasku. – Nigdy nie chciałam być jak zupa pomidorowa, którą wszyscy muszą lubić. Nie miałam takiego celu, bo zawsze lubiłam mieć własne zdanie. Dlatego zazwyczaj część osób mnie lubiła, a część – ta, która się ze mną nie zgadzała – wręcz przeciwnie.
Z uwagą obserwuje też zmieniające się nastroje społeczne. Komentując brutalizację debaty publicznej i zjawisko wykluczania, diagnozuje: – Myślę, że Cancel Culture mocno zrobiło swoje. Przesadziliśmy, to zaszło za daleko. Uważam też, że różne lewicowe postulaty mocno ludzi wystraszyły (...) Były formułowane zbyt radykalnie, co sprawiło, że łatwo było potem straszyć społeczeństwo tym, co rzekomo dzieje się na Zachodzie.
W świecie mediów, pełnym potężnych mężczyzn, to jednak kobiety pociągały za najważniejsze sznurki w jej karierze: – Zwalniały mnie zawsze kobiety, ale też często to one mnie zatrudniały, więc bilans wychodzi na zero. (...) Kiedy tylko zmieniała się szefowa, zazwyczaj szybko wylatywałam z pracy, żeby zaraz dostać szansę od kolejnej.
Oaza na prowincji i nowe początki
Dziś życie Agnieszki Woźniak-Starak to przemyślany kompromis. Z jednej strony – wielka telewizyjna machina, która wciąż daje jej pozytywny zastrzyk energii. Z drugiej – absolutna ucieczka do natury. Dom pełen adoptowanych, często schorowanych psów (apeluje o świadome adopcje, walcząc z pseudohodowlami i łańcuchami) oraz jej najnowsza miłość: konie.
– Konie były w moim życiu prawdziwym game changerem. Zaczęłam jeździć późno, bo już po czterdziestce. (...) I to naprawdę zmieniło w moim życiu wszystko – opowiada z pasją.
Ta radykalna ewolucja priorytetów sprawiła, że dziennikarka przestała gorączkowo gonić za kolejnymi celami. Odnalazła w sobie spokój, na który pracowała przez całe dorosłe życie.
– Wiele spraw po prostu zostawiam w spokoju i czekam na to, co przyniesie los. Otwieram różne furtki, stwarzam możliwości i dopiero wtedy przychodzą do mnie dobre rzeczy – podsumowuje.
Zamiast siłowo forsować plany, wybiera harmonię. Harmonię wypracowaną na zgliszczach dawnego świata, zbudowaną z potężnej siły przetrwania i miłości, która, jak sama wierzy, nie kończy się wraz z fizycznym odejściem.
Źródło: Goniec