Tabletki na odrobaczanie i kleszcze, witaminy dla koni. Polacy coraz chętniej sięgają po leki dla zwierząt
W dobie zaawansowanej medycyny, teleporad i nowoczesnych terapii genowych, w cieniu oficjalnego systemu ochrony zdrowia, dostrzegalny jest trend „innowacyjnego” leczenia. Mowa o preparatach przeznaczonych dla zwierząt. Zjawisko to nie dotyczy marginesu społecznego, ale przekracza granice klasowe i demograficzne. Z jednej strony stoją zdesperowani pacjenci szukający tańszych zamienników drogich terapii, z drugiej – celebryci i sportowcy dążący do fizycznej doskonałości za wszelką cenę.
Cena idealnej sylwetki. Clenbuterol
Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów przenikania weterynarii do świata ludzi jest Clenbuterol. Pierwotnie stworzony jako lek rozszerzający oskrzela u koni cierpiących na duszności, szybko znalazł drugie życie w szatniach kulturystów i garderobach Hollywood. Środek ten nie jest sterydem, ale beta-mimetykiem, który drastycznie podkręca metabolizm i temperaturę ciała, zmuszając organizm do błyskawicznego spalania tłuszczu przy jednoczesnym zachowaniu tkanki mięśniowej.
Dla wielu brzmi to jak „święty graal” odchudzania, jednak cena za stosowanie końskiego leku na astmę jest wysoka. Skutki uboczne obejmują drżenie rąk, bezsenność, a w skrajnych przypadkach – groźne arytmie serca i przerost mięśnia sercowego. Mimo że Clenbuterol został wycofany z lecznictwa ludzi w większości krajów ze względu na ryzyko kardiologiczne, pozostaje on "otwartą tajemnicą" w branży fitness, gdzie bywa traktowany jako niezbędny element przygotowań do zawodów sylwetkowych.
Strach i dezinformacja. Iwermektyna i rybie antybiotyki
Zupełnie inną motywacją kierują się ludzie sięgający po leki przeciwpasożytnicze i antybiotyki ze sklepów zoologicznych. Pandemia COVID-19 uwypukliła ten problem w skali globalnej, gdy iwermektyna – pasta odrobaczająca dla koni i bydła – zniknęła z półek hurtowni weterynaryjnych. Dezinformacja w mediach społecznościowych, promująca ten środek jako cudowny lek na wirusa, doprowadziła do fali zatruć. Ludzie spożywali dawki skoncentrowane dla dużych zwierząt hodowlanych, co kończyło się uszkodzeniami układu nerwowego i hospitalizacją.
Zjawisko to ma też wymiar ekonomiczny. W krajach o drogiej opiece zdrowotnej, jak USA, kwitnie handel tzw. „Fish Mox” – amoksycyliną dla ryb akwariowych. Ludzie bez ubezpieczenia, których nie stać na wizytę lekarską, kupują te preparaty online, by leczyć zapalenie gardła czy zęba. Choć substancja czynna może być ta sama, leki dla ryb nie podlegają tak rygorystycznym kontrolom zanieczyszczeń, co czyni taką kurację rosyjską ruletką.
Między ulgą a odlotem. Od maści końskiej do ketaminy
Nie wszystkie „zwierzęce” specyfiki są jednak demonizowane. Najlepszym przykładem jest tzw. maść końska – mieszanka ziół i olejków eterycznych, która pierwotnie miała chłodzić i regenerować ścięgna koni wyścigowych po biegu. Jej skuteczność przeciwbólowa była tak wysoka, że opiekunowie zwierząt zaczęli stosować ją na własne stawy. W tym przypadku rynek zareagował pozytywnie – dziś w każdej aptece znajdziemy bezpieczne, przetestowane dermatologicznie wersje "maści końskiej" dedykowane ludziom.
Na przeciwnym biegunie znajduje się ketamina. Ten silny środek znieczulający, używany przez weterynarzy do usypiania koni i kotów przed operacjami, stał się popularnym narkotykiem klubowym ze względu na swoje działanie dysocjacyjne. Przedawkowanie ketaminy, zwłaszcza w połączeniu z alkoholem, jest śmiertelnie niebezpieczne. Substancja ta wraca obecnie do medycyny ludzkiej w kontrolowanych mikrodawkach jako obiecujący lek na lekooporną depresję, co pokazuje, jak skomplikowana jest relacja między apteczką weterynaryjną a ludzkim zdrowiem.