Wyszukaj w serwisie
Goniec.pl > Sport > Miała jeździć na wózku, zdobyła mistrzostwo Europy. Niezwykła droga Jagody Kibil
Natalia Ziółkowska
Natalia Ziółkowska 30.03.2026 11:16

Miała jeździć na wózku, zdobyła mistrzostwo Europy. Niezwykła droga Jagody Kibil

Miała jeździć na wózku, zdobyła mistrzostwo Europy. Niezwykła droga Jagody Kibil
„Gramy kartami, które mamy”. Poruszająca historia polskiej paralekkoatletki Fot. Goniec

Polska paralekkoatletka Jagoda Kibil obala mity na temat życia z dziecięcym porażeniem mózgowym i bez lukru opowiada o brutalnych realiach wyczynowego sportu. W szczerej, głęboko poruszającej rozmowie w programie Gońca “Nagi Kadr”, mistrzyni wraca do początków swojej drogi, bolesnych kontuzji i momentów, gdy presja odbiera oddech. To opowieść o ciele, które trzeba było oswoić, i heroicznej walce o to, by biec na własnych zasadach.

Diagnoza to nie wyrok

Diagnoza, którą słyszą rodzice, rzadko zostawia miejsce na nadzieję. W przypadku Jagody Kibil brzmiała ona: dziecięce porażenie mózgowe czterokończynowe. To neurologiczna codzienność, w której układ nerwowy odmawia posłuszeństwa – skutkuje wzmożonym napięciem mięśniowym, mimowolnymi ruchami, ciągłymi potyczkami z koordynacją i równowagą. Lekarze wieszczyli jej wózek inwalidzki i całkowitą zależność od otoczenia.

– Porażenie mózgowe to nie do końca jest wózek i wyrok. Zauważyłam, że ludzie tak po prostu myślą, bo to narracja narzucana z góry: słyszysz diagnozę i zakładasz, że dziecko do końca życia będzie wymagało opieki – tłumaczy dziś lekkoatletka.

Tymczasem Jagoda żyje w pełni samodzielnie, a kluczem do tej wolności okazała się jej matka i rozpoczęta już w piątym miesiącu życia, mordercza i żmudna rehabilitacja metodą Vojty. Dziś, choć jej niepełnosprawność nie rzuca się w oczy na ulicy, musi mieć się na baczności. Każdy dzień to sztuka drobnych adaptacji. W kuchni świadomie operuje głównie prawą ręką – wszystko po to, by w razie nagłego spazmu mięśni nie wylać na siebie wrzątku. Ale to właśnie pełna akceptacja własnych fizycznych granic stała się fundamentem jej wolności i trampoliną do sportowej kariery.

– Definiują mnie moje czyny i to, jaka jestem dla innych. Moja niepełnosprawność w żadnym stopniu mnie nie definiuje – mówi w “Nagim Kadrze”. – Dobrze jest po prostu przyjąć to, co dostaliśmy od losu. Zamiast tracić czas na rozpamiętywanie braków, lepiej skupić się na tym, co jest tu i teraz. Gramy tymi kartami, które akurat mamy w ręku.

Cała rozmowa dostępna na kanale YouTube Gońca:

Jeden spacer, który zmienił wszystko

Jej wejście do świata profesjonalnego sportu przypominało scenariusz filmowy. Wracała z bratem bliźniakiem z amatorskich zajęć tenisa stołowego i po prostu mijała lekkoatletyczny stadion w rodzinnych Kozienicach. Tam dostrzegł ją trener pracujący z utytułowaną paraolimpijką, Alicją Jeromin. Dla dziewczyny, która na szkolnych lekcjach wuefu czuła głównie frustrację, a własny potencjał sportowy traktowała jak czystą abstrakcję, ten moment był przełomowy. Szybko pokonała pierwotny strach, połknęła bakcyla i bez reszty zakochała się w bieżni.

W liceum podjęła decyzję, która zdefiniowała jej młodość: całkowite podporządkowanie życia lekkoatletyce. Z czasem zrezygnowała nawet ze studiów, by móc w pełni oddać się wyczerpującym obozom kondycyjnym.

– To ciągłe życie pod presją, na walizkach, w różnych miejscach. Jesteśmy tu na obozie, tam na zawodach... To nie jest dla każdego – przyznaje w “Nagim Kadrze”.

Jej talent eksplodował – zaledwie rok po pierwszym profesjonalnym treningu pojechała na seniorskie mistrzostwa świata. Musiała przy tym zbudować wokół siebie pancerz, który chronił ją przed „dobrymi radami” sceptyków.

– Przez całą moją sportową drogę słyszałam mnóstwo głosów, że może pora zacząć zajmować się „normalnym” życiem, czymś pożytecznym i słusznym – wspomina zawodniczka.

Berliński dramat i złoto o smaku bólu

W karierze każdego sportowca są momenty graniczne. Dla Jagody Kibil były to mistrzostwa Europy w Berlinie. Tuż przed imprezą docelową, podczas startu w Hiszpanii, jej staw skokowy uległ poważnemu urazowi. Ból paraliżował do tego stopnia, że – jak mówi w programie Gońca – w przededniu najważniejszych zawodów niemal nie była w stanie chodzić. Czasu na diagnozę nie było, a lokalni lekarze odmówili podania specjalistycznej blokady. Sprinterka podjęła wtedy skrajnie ryzykowną, wręcz heroiczną decyzję – okleiła zmasakrowany staw i stanęła na starcie.

– Ciężko jest nagle zrezygnować na tydzień albo dwa przed imprezą docelową z czterech lat swojej ciężkiej pracy. Jako sportowcy jesteśmy trochę skrzywieni. Chyba musiałoby nam ręce i nogi poodrywać, żebyśmy nie poszli na start – obrazuje brutalnie tamtą determinację.

Finałowe 200 metrów nie było już tylko rywalizacją sportową. Było desperacką walką o przetrwanie i siłowaniem się z limitami własnego ciała. Gdy tylko przekroczyła linię mety, bezwładnie runęła na tartan, obezwładniona przez wycieńczenie i ból nie do zniesienia.

– W takiej chwili w głowie pulsuje tylko jedna myśl: przewróć się za metą, nigdy przed nią. Całą sobą skupiałam się wyłącznie na tym, by przetrwać do końca.

Ten nadludzki, okupiony ogromnym cierpieniem wysiłek dał jej złoty medal mistrzostw Europy.

Ból psychiczny gorszy niż fizyczny

Jednak wyczynowy sport to nie tylko pot, krew i uszkodzone stawy. To przede wszystkim miażdżąca presja psychiczna. Polska sprinterka z niezwykłą odwagą przyznaje, że na jej sportowej drodze to ból mentalny dominował znacznie częściej niż ten fizyczny. Największą udręką jest świadomość, że tytaniczna praca i miesiące wyrzeczeń wcale nie gwarantują sukcesu na tablicy wyników.

– Najgorsze w sporcie było dla mnie pogodzenie się z tym, że nie mogę zrobić nic więcej. Zrozumienie, że zrobiłam naprawdę dużo, a okazało się, że to wciąż za mało – zdradza Gońcowi.

Igrzyska w Tokio przyniosły jej radość i nowe rekordy życiowe, ale już start w Paryżu okazał się emocjonalnym koszmarem. Zbierające się problemy okołostartowe doprowadziły ją do załamania nerwowego zaraz po zakończeniu biegu. Nie ukrywa jednak łez, odczarowując mit robota-sportowca:

– Płacz nie jest oznaką słabości. Jest oznaką, że ci na czymś po prostu bardzo zależy. To dowód naszego człowieczeństwa – jesteśmy ludźmi i mamy prawo odczuwać emocje.

Dziś, zbliżając się do 27. urodzin, Jagoda robi rachunek sumienia ze swoim ciałem. Dwanaście lat życia w reżimie ekstremalnych obciążeń odcisnęło głębokie piętno na jej aparacie ruchu.

– Moje ciało jest już mocno wyeksploatowane. Jestem tego świadoma, więc staram się pracować nad tym, by ten proces przebiegał choć trochę wolniej. Muszę dbać o swój organizm, bo w tym momencie to jest moja karta przetargowa i waluta, którą gram – tłumaczy w rozmowie z Gońcem.

Choć pozostaje pod stałą opieką sztabu specjalistów, w jej głowie coraz częściej pojawia się myśl o sportowej emeryturze i związany z nią naturalny lęk:

– Jako ludzie nie lubimy być ograniczani. Jeśli moje ciało zacznie mi narzucać bariery, nie będę miała na nie wpływu. A my nie znosimy tracić kontroli.

Dziś na szali nie leżą już tylko medale. Najważniejszym celem Jagody Kibil jest teraz zadbanie o własne ciało na tyle, by po zejściu z bieżni móc po prostu dalej iść przez życie – aktywnie, samodzielnie i na własnych nogach.

Źródło: Goniec

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji