Cudza tragedia jako polityczne paliwo. Magda Brzeska o brutalnych kulisach głośnej sprawy
Sprawa Jolanty Brzeskiej – warszawskiej działaczki lokatorskiej, która sprzeciwiała się dzikiej reprywatyzacji – dawno wyszła poza kryminał. Stała się publiczną opowieścią: z rocznicami, komentarzami, „ekspertami” i dopisywanymi szczegółami. Magda Brzeska, córka Jolanty, mówi o tym inaczej: jak o doświadczeniu zawłaszczania tragedii. I o tym, że za symbolem była matka – konkretna osoba, z humorem, z szarlotką i z uporem walki nie o metry, lecz o godność.
Sprawa Jolanty Brzeskiej
Jolanta Brzeska była jedną z tych osób, które nie zamykają drzwi, kiedy dzieje się niesprawiedliwość. W Warszawie lat 2000., gdy reprywatyzacja kamienic zaczęła wypychać lokatorów z mieszkań, angażowała się w obronę sąsiadów i innych najemców, współtworzyła Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, chodziła na demonstracje, zbierała dokumenty, pomagała pisać pisma. Konflikt o jej własne mieszkanie przy ul. Nabielaka stał się częścią większej historii o mieście oddawanym „na papierze”, a traconym przez ludzi.
Gdy 1 marca 2011 roku zaginęła, a kilka dni później odnaleziono jej zwęglone ciało, sprawa z miejsca urosła do rangi symbolu. Przez lata wracała w mediach, w raportach, w debatach o reprywatyzacji i o tym, czy w Polsce silniejszy jest obywatel, czy mechanizm. Dla Magdy Brzeskiej – jak mówi – równie trudne jak sama strata było to, co działo się później: jak wiele osób postanowiło żyć tą sprawą na własnych warunkach, jak łatwo cudza tragedia staje się cudzym paliwem.
„Ogrzać się w światełku”
Brzeska mówi wprost: w pewnym momencie zrozumiała, że bycie „córką Jolanty Brzeskiej” przyciąga ludzi, ale nie zawsze z dobrych powodów. Niektórzy pojawiali się, bo chcieli pomóc – inni dlatego, że tragedia dawała widoczność, sensację, miejsce w kadrze.
– Bardzo wielu osobom, również dlatego, że byłam córką mojej mamy, widzę, że nie mogłam ufać, bo chciały się tak jakby ogrzać w tym światełku – mówi.
To „światełko” jest tu gorzką metaforą. Chodzi o rozpoznawalność sprawy, o emocjonalny kapitał, który można zbudować na cudzym bólu. Brzeska nie opowiada o tym z pozycji osoby, która „nie lubi mediów”. Opowiada z pozycji kogoś, komu próbowano wejść w życie: z telefonami, prośbami, oczekiwaniami, sugestiami, jak powinna mówić i co powinna robić.
Kłamstwa, które zostają na lata
W świecie publicznych historii prawda przegrywa czasem z detalem, który „dobrze brzmi”. Brzeska mówi, że najbardziej uderzała ją łatwość, z jaką do obiegu trafiały nieprawdziwe elementy – a potem funkcjonowały latami jako fakty. Nie chodzi o drobiazgi. W sprawie, gdzie każdy szczegół ma wagę, zmyślenie jednego przesuwa narrację, buduje fałszywy obraz, a potem trudno go odkręcić.
– Jeżeli mówimy, że moja mama miała plastikowe kajdanki na rękach, a tych plastikowych kajdanek nie miała. Jeżeli mówimy, że znalazł moją mamę pan z psem, a nie znalazł pan z psem – no to jak potem rzutuje to na całą opowieść? – mówi w rozmowie z Gońcem.
W jej głosie słychać zmęczenie. Bo sprostowania rzadko są równie nośne jak sensacyjne dopiski. A rodzina, zamiast opłakiwać i żyć dalej, jest wpychana w rolę korektora cudzych wersji wydarzeń.
„Jest ta córka Jolanty Brzeskiej”
Jednym z najbardziej dotkliwych skutków medialnej i społecznej „głośności” jest to, że odbiera człowiekowi tożsamość. Brzeska mówi, że bywała postrzegana wyłącznie przez pryzmat matki – jakby jej własne życie było dodatkiem do historii, w której ma występować w konkretnej roli.
– Jeżeli ktoś mnie zna jako córkę Jolanty Brzeskiej, to zna mnie jako córkę Jolanty Brzeskiej. Nie jako Magdę Brzeską, nie jako mamę mojego syna, nie jako osobę, która coś zrobiła sama z siebie. Tylko jest ta „córka Jolanty Brzeskiej” – i wymaga się ode mnie, żebym prawie kontynuowała to, co moja mama robiła – mówi Gońcowi.
To zdanie jest ważne, bo odsłania mechanizm, który często działa w głośnych sprawach: bliscy ofiary stają się „nośnikami” historii. Oczekuje się od nich stałej gotowości, wzniosłości, konsekwencji. A jeśli próbują żyć normalnie, bywają oceniani: że „odpuścili”, że „nie walczą”, że „powinni”.
Prawdziwa Jolanta: Bieszczady, szarlotka, godność
Brzeska mówi, że w tym publicznym zgiełku najłatwiej zgubić człowieka. A Jolanta Brzeska, zanim stała się symbolem, była po prostu matką: ciepłą, zabawną, ciekawą świata, z pasją do uczenia się i z odwagą do rzeczy pozornie „szalonych”. Na emeryturze zrobiła prawo jazdy i kupiła samochód, żeby jeździć w ukochane Bieszczady. Chodziła na Uniwersytet Trzeciego Wieku, uczyła się angielskiego, nie zamykała się w schemacie „teraz już tylko odpoczynek”.
– Jeżeli ktoś w wieku kilkudziesięciu lat, na emeryturze, stwierdza, że chce pojechać w Bieszczady… i robi prawo jazdy, i kupuje samochód, to jest to rzeczywiście szalone – opowiada Brzeska.
Pamięć o matce wraca też w rzeczach małych: w zapachu jesieni, w kuchni, w rytuałach, których nie da się odtworzyć w rocznicowym przemówieniu.
– Zawsze pamiętam: przychodziła jesień i ona robiła tę szarlotkę. Uwielbiałam tę szarlotkę. I mama zawsze mi się kojarzy z tą szarlotką – mówi Gońcowi.
Wreszcie – i to jest kluczowe – Brzeska podkreśla, że walka jej matki o mieszkanie nie była walką o „metry”. Nie chodziło o roszczeniowość, o pazerność, o „wyłudzenie”. Chodziło o prawo do bezpiecznego dachu nad głową i o godność, którą system i mechanizmy reprywatyzacyjne potrafiły odbierać ludziom dzień po dniu.
– Ona po prostu uważała, że należy jej się miejsce do zamieszkania. To nie były żadne metry. Chodziło o dach nad głową, o bezpieczną przystań – mówi.
Co zostaje, kiedy opadnie kurz?
Po latach, gdy rocznicowy zgiełk cichnie, zostaje pytanie, jak żyć dalej z tragedią, której nie da się „domknąć” w prosty sposób. Brzeska mówi o czymś, co nie mieści się w medialnych formatach: o wewnętrznej weryfikacji, o sumieniu, o tym, że najtrudniejsze bywa spotkanie z samym sobą – bez kamer i bez narracji.
– Uważam, że w pewnym momencie człowiek musi spojrzeć samemu sobie w oczy. I to jest chyba najgorsze: podejść rano do lustra. Jeżeli potrafimy sobie spojrzeć w oczy, to wtedy wszystko jest w porządku – mówi.
W jej opowieści sednem nie jest „sprawa” jako publiczny symbol. Sednem jest człowiek: matka, córka, dziecko, codzienność. I próba życia dalej tak, by nie zgubić własnej tożsamości w cudzych narracjach – i nie dać się zamknąć w roli, którą inni uznali za najbardziej użyteczną.
Cała rozmowa dostępna w naszym programie “Nagi Kadr”: